
Mimo że ulica Polna na Wąwale jest malutka i gruntowa, wzdłuż niej pociągnięta jest woda, oświetla ją nawet kilka lamp. To wszystko dzięki gminie Tomaszów. I choć mieszkańcy cieszą się z inwestycji, niektórzy zarzucili władzom samorządowym, że chciały bezprawnie przejąć grunty, na których leży droga i część działek prywatnych na jej poszerzenie. Sprawa trafiła do sądu. Wyrok był dla gminy niekorzystny.
Wszystko zaczęło się w latach 60., kiedy ziemię na Wąwale zaczęło kupować coraz więcej ludzi z miasta. Niektórzy od razu zaczęli budować domy. Jednym z nich był Kazimierz Zdulski. - Byłem pod wielkim wrażeniem tych pięknych okolic - wspomina. - Spokój, cisza, świeże powietrze i przepiękne, pełne grzybów lasy. Dlatego postanowiliśmy się tu wybudować.
Pan Kazimierz nie miał problemu ze znalezieniem atrakcyjnej ziemi. Kupił ją od pana Władysława, który hektary podzielił na kilka działek. Wszystkie sprzedał, część zostawił synowi, który na nich pobudował się i zamieszkał.
Sprzedający chciał również zabezpieczyć dojazd do działek. Na części swojej ziemi wytyczył pas ziemi o szerokości 2,5 metra na drogę.
- Pan Władysław poprosił mnie, abym ze swojej działki również udostępnił 2,5 metra - mówi K. Zdulski. - Zgodziłem się.
Jak przyznaje mężczyzna, już wtedy zastanawiało go, dlaczego kupcy nie żądają wyznaczenia drogi z prawdziwego zdarzenia. - Wszyscy cieszyli się tylko, że kupili duże i tanie działki - mówi pan Kazimierz.
Nowi właściciele szybko się pobudowali i wprowadzili. Spokój trwał do początku lat 90., gdy władze gminy postanowiły zadbać również o komfort ich życia. W 1994 roku, kładąc w Wąwale sieć wodociągową, przedłużono ją na malutką ulicę.
- W tym czasie moja działka była już zagospodarowana - mówi K. Zdulski. - Zgodziłem się jednak rozebrać część płotu, ułatwiając prowadzenie prac ziemnych. Gdy położono wodociąg, nie stawiałem ogrodzenia, by uleżała się ziemia.
Około 1995 roku gmina nadała drodze nazwę ulicy Polnej.
Wkrótce pas ziemi, który udostępnił pan Kazimierz pod wodociąg, jego sąsiedzi zaczęli traktować jako część drogi, rozjeżdżając go. K. Zdulski zaczął dochodzić swoich praw.
- Zaproponowałem wójtowi Ignacemu Niedziałkowskiemu, że w zamian za pozwolenie na dwa przyłącza wodne, oddam za darmo 50 metrów kwadratowych terenu, przez który przebiegała droga, pokryję również koszty geodety i notariusza - mówi. - Nie dostałem jednak żadnej odpowiedzi. Zwróciłem się o pomoc do Rady Gminy. Chciałem jeszcze negocjować. W końcu zdenerwowałem się i zagroziłem, że zagrodzę swoją ziemię.
Jak twierdzi właściciel terenu, podczas sesji wójt, przekonywał radnych, że gmina nie wykupi terenu, ponieważ K. Zdulski żąda zbyt dużych pieniędzy.
- To ja pokrywałem praktycznie wszystkie koszty, moim zdaniem umowa byłaby dla gminy bardzo korzystna - twierdzi mężczyzna. - Postanowiłem dotrzymać słowa i zagrodziłem drewnianym płotem teren, pod którym przebiegał wodociąg. Drogę, ze względu na dobro mieszkańców, pozostawiłem przejezdną.
I wtedy zaczęły się problemy.
- Gmina napuszczała na mnie policję - żali się Zdulski. - Sprawa została skierowana do sądu grodzkiego, gdzie nałożono na mnie grzywnę i naganę za zwężenie pasa drogowego. Droga powstała dzięki dobrej woli mojej i pana Władysława, a gmina zaczęła występować jako jej właściciel. To było nie do przyjęcia, odwołałem się.
Wyrok został jednak utrzymany. Dopiero trzecia sprawa przyniosła mieszkańcowi Wąwału pozytywny rezultat. - Sędzia w końcu przyznał mi rację - wspomina z dumą.
Wójt jednak nie poddawał się i skierował sprawę płotu postawionego przez K. Zdulskiego do Powiatowego Inspektora Nadzoru Budowlanego.
- Działka jest własnością pana Władysława (...) i nie leży w kompetencji rozpatrywania przez PINB, o ile nie przekroczy dozwolonej wysokości - pisze w dokumencie Stanisław Wuls, ówczesny powiatowy inspektor nadzoru budowlanego. - Stwierdzić należy także, że ul. Polna nie jest w rejestrze dróg gminnych, czyli nie można traktować jej jako drogi publicznej.
Stanisław Wuls dodał także, że sprawa nie leży w jego kompetencjach i powinna zostać rozstrzygnięta na podstawie przepisów prawa cywilnego.
- Wyrok sądu i stanowisko PINB tylko potwierdziły, że gmina bezprawnie rościła sobie prawo do drogi, ale również do terenu na jej poszerzenie - mówi część mieszkańców.
Dwóch z nich postanowiło zagrodzić swoją własność. - Dziadek zgadzał się tylko na drogę o szerokości 2,5 m i tak powinno być - mówi wnuczek pana Włodzimierza, który parcelował swoje tereny. - Dlatego przesunąłem drewniany płot.
Mieszkańcy pytają jednak, na jakiej podstawie gmina nadała nazwę drodze, kto wydał pozwolenia na instalację wodociągu i lamp oświetleniowych.
W tym czasie wójt wskazywał, że problem leży gdzie indzie. - Radni gminy przyjęli uchwałę o chęci wykupienia terenu, na którym leży droga - mówi Ignacy Niedziałkowski. - Nie mamy jednak pewności od kogo tę nieruchomość mamy kupić. W księdze wieczystej jako właściciel widnieje pan Władysław (...), a w ewidencji w starostwie, że należy ona do Skarbu Państwa. Wychodzą tutaj zaniedbania sprzed lat podczas parcelowania terenów. Wszystko załatwiane było w zgodności z prawem właścicielskim. Być może nawet mieszkańcy płacili za ten teren podatki, a nie musieli - dodaje.
Ignacy Niedziałkowski ostrzegał, że "wyprostowanie" sprawy może być trudne. Swoje poprzednie kroki opierał na dokumencie stanowiącym o własności Skarb Państwa. Aby sprawę rozwikłać, pierwotny właściciel działek postanowił sprawę wyjaśnić w sądzie.
W uzasadnieniu wyroku z 15 września, sędzia odrzucił roszczenia gminy. Stwierdził, że za jedyny przejaw posiadania drogi przez gminę, a wcześniej przez Skarb Państwa można uznać nadanie nazwy drodze, przeprowadzenie wodociągu i założenie oświetlenia. Droga ta nie stanowi drogi publicznej i służy jako dojazd do okolicznych działek. Pan Władysław zapewnił dojazd, rezygnując z części własnego gruntu. - Samo utworzenie prywatnej drogi dojazdowej nie przesądza o wyzbyciu się i posiadania ani o automatycznym nabyciu do nich praw przez gminę - czytamy w uzasadnieniu.
Dalej sędzia stwierdził, że gmina Tomaszów nigdy nie była posiadaczem tych działek, a dowodem na to, że władze samorządu nie były pewne o prawie do gruntów, była przyjęta uchwała o ich zakupie.
Podobnego zdania jest Kaziemierz Zdulski, który nie kryje osobistej satysfakcji z wyroku, nawet gdy odnosił się on nie do jego działki.
- Udostępniony przez mnie kawałek terenu jest przedłużeniem tego, który był przedmiotem sprawy - mówi. - Już złożyłem wniosek do gminy o gotowości sprzedaży ziemi, na którym leży droga. Jest to pas o długości 30,4 metrów, w sumie około 50 metrów kwadratowych. Wiążącej odpowiedzi jednak nie dostałem, gdyż gmina odpisała mi, że czeka na uzasadnienie wyroku. Zastanawiam się jednak, po co? Przecież w sądzie nie ważyła się sprawa mojego terenu.
Kazimierz Zdulski za każdy metr ziemi liczy 100 złotych, ponadto żąda 10 tysięcy złotych zadośćuczynienia. - Za nasyłanie policji, czas i zdrowie stracone w sądach - mówi. - Moja cierpliwość się już kończy, zastanawiam się nawet nad zagrodzeniem drogi i złożeniem skargi na działalność wójta do władz wojewódzkich.
Tymczasem Franciszek Szmigiel, zastępca wójta gminy Tomaszów twierdzi, że sprawa nadal jest niewyjaśniona. - W latach 90. był wyrok sądu, który rozdzielił sporną część gruntu miedzy prywatnego właściciela i Skarb Państwa - mówi. - Widnieją oni również w dokumentach własności. Dlatego składamy apelacje. Gdy skończy się droga sądowa, zależnie od wyroku, będziemy zastanawiać się, jak działać dalej.
|