tomaszowski informator tygodniowy
Ogłoszenia
Wyróżnione
Sprzedam dom 120m2 stan sur.zamknięty+i.el.i tynk ...
czytaj dalej »

KUPIĘ każde auto uszkodzone, rozbite lub do ...
czytaj dalej »

"FAST-BRUK" kompleksowe układanie kostki ...
czytaj dalej »
Baza firm
 
Sport

 Medal olimpijski z udziałem tomaszowian

 
50 lat czekali polscy łyżwiarze szybcy na medal olimpijski. Na igrzyskach w Vancouver po długo oczekiwany krążek sięgnęła drużyna polskich panczenistek. Do tego sukcesu przyczynili się tomaszowianie, niegdyś znakomici panczeniści: Paweł Abratkiewicz - trener i Arkadiusz Skoneczny - masażysta. - Dziewczyny osiągnęły to, co nie udało się nam i kilku pokoleniom polskich łyżwiarzy. Cieszymy się, że mogliśmy się w jakimś stopniu przyczynić do tego sukcesu - mówią wzruszeni.



Wioska olimpijska, drużyna panczenistek z trenerami (od lewej):
Luiza Złotkowska, Paweł Abratkiewicz, Katarzyna Bachleda-Curuś,
Natalia Czerwonka, Ewa Białkowska (trenerka),
Katarzyna Woźniak.


Paweł Abratkiewicz i Arkadiusz Skoneczny byli świetnymi łyżwiarzami, ale nigdy nie dane im było stanąć na olimpijskim podium. Pierwszy z nich, chyba najlepszy polski sprinter w historii łyżwiarstwa szybkiego, trzykrotnie miał ku temu okazję (w 1992 r. w Albertville, w 1998 r. w Nagano i w 2002 r. w Salt Lake City). Najlepiej wypadł na amerykańskich igrzyskach, ale zajął zaledwie 16. miejsce w biegu na 500 m. - Nie miałem szczęścia w olimpijskich startach albo byli po prostu ode mnie lepsi. W Vancouver spełniło się jedno z marzeń mojego życia. To co nie udało mi się jako zawodnikowi, osiągnąłem w roli trenera. Po ostatnim biegu, dającym nam brązowy medal, dziewczyny płakały ze szczęścia. Oszalałem z radości, pragnąłem je wszystkie podnieść i wyściskać - wspomina Abratkiewicz. - W roli trenera jest trudniej. Odpowiadam za wszystko i przeżywam starty moich podopiecznych, bardziej niż kiedyś moje - dodaje „Abraś”, który trenuje polskie panczenistki wspólnie z Ewą Białkowską.
Skoneczny jako zawodnik nigdy nie pojechał na igrzyska, chociaż cztery lata temu niewiele brakowało mu do zakwalifikowania się na igrzyska w Turynie. Wielokrotny mistrz Polski, specjalista od wieloboju łyżwiarskiego, trzy lata temu zakończył sportową karierę, ale nie rozstał się z panczenami. Teraz absolwent krakowskiej AWF jeździ z kadrą narodową na zawody w roli masażysty. - Igrzyska w Vancouver były moim debiutem olimpijskim. Bardzo przeżywałem występ naszej drużyny medalowej. Chciałem wejść na tor i pomóc im na ostatnich metrach - wspomina.

Historyczny sukces
XXI Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Vancouver były wyjątkowo udane dla polskich sportowców. Nasi zawodnicy wywalczyli na nich aż sześć medali, powiększając do czternastu krążków polski dorobek na zimowych igrzyskach. Zgodnie z oczekiwaniami gwiazdami polskiej reprezentacji byli Justyna Kowalczyk, która w biegach narciarskich zdobyła komplet medali (złoto, srebro, brąz) i Adam Małysz - dwukrotny wicemistrz olimpijski. Autorkami największej niespodzianki w polskiej ekipie były jednak łyżwiarki szybkie. Katarzyna Bachleda-Curuś, Katarzyna Woźniak, Luiza Złotkowska i rezerwowa Natalia Czerwonka zdobyły brązowy medal w biegu drużynowym na dystansie 2400 m. Na taki sukces polscy panczeniści musieli czekać aż 50 lat. W 1960 r. podczas VIII ZIO w Squaw Valley medale w biegu na 1500 m zdobyły Elwira Seroczyńska - srebrny i Helena Pilejczyk - brązowy. Przez następne pół wieku, na kolejnych dwunastu igrzyskach, o olimpijskie krążki walczyli bezskutecznie również tomaszowscy łyżwiarze: Stanisława Pietruszczak-Wąchała - 14. w wyścigu na 500 m w Innsbrucku w 1976 r., Jan Jóźwik - 9. na 500 m cztery lata później w Lake Placid. Najbliżej medalu był Jaromir Radke - 5. w biegu na 10.000 m w Lillehammer w 1994 r.
- Medal zdobyty przez dziewczyny w Vancouver jest nagrodą za wysiłek kilku pokoleń polskich łyżwiarzy. Trenowałem razem z Kasią Bachledą-Curuś i myślę, że wspólnie z koleżankami podzieliłaby się tym krążkiem z polskimi panczenistami, którym podium olimpijskie nie było dane - mówi J. Radke.

Nikt w nas nie wierzył
Bieg drużynowy kończył zmagania łyżwiarzy szybkich na igrzyskach w Vancouver. Po startach indywidualnych eksperci bardzo krytycznie oceniali występy polskich panczenistów, wytykając im odległe lokaty (najlepsze 15. miejsce zajęła Katarzyna Bachleda-Curuś w biegu na 1500 m.) - Zawsze należy poczekać z oceną do ostatniego dnia igrzysk. Sama kwalifikacja olimpijska i udział w elitarnym gronie ośmiu najlepszych drużyn świata był dla naszych zawodniczek sukcesem. Nie mierzyliśmy w medal, szóste miejsce przyjęlibyśmy z radością - twierdzi Abratkiewicz, który w medal uwierzył dopiero po wyścigu ćwierćfinałowym.
- Po pokonaniu faworyzowanych Rosjanek (w piątek, 26 lutego - przyp.red.), wiedziałem, że nie możemy stracić takiej szansy. Nie załamała nas minimalna porażka w biegu półfinałowym z Japonkami. (w sobotę, 27 lutego - przyp. red.). Tego dnia cel był jeden - pokonać Amerykanki i zdobyć olimpijski medal - wspomina „Abraś”.
Zadaniem trenerów przed ostatnim wyścigiem było odbudowanie formy psychicznej zawodniczek po przegranej z Japonkami. O kondycję fizyczną dbał fizjoterapeuta Arkadiusz Skoneczny. - Dziewczyny w półfinale goniły rywalki i miały prawo być zmęczone. Jednak po kilku godzinach odpoczynku potrafiły się odbudować i wygrać z Amerykankami - mówi były zawodnik tomaszowskiej Pilicy.

Vancouver - sukcesy
Kanadyjskie igrzyska zapamiętamy na długo. Oczywiście głównie ze względu na rekordowy plon medalowy naszych reprezentantów i atmosferę sportowego święta stworzoną przez Kanadyjczyków.
Kadra panczenistów przyjechała do Kanady jako pierwsza z polskich sportowców, a wyjechała jako ostatnia. - Byliśmy w Vancouver w sumie aż cztery tygodnie. Przyjechaliśmy już 1 lutego. Trzy dni mieszkaliśmy poza wioską olimpijską, a 4 lutego wprowadziliśmy się do niej. Kanadyjczycy to bardzo serdeczny i usportowiony naród, dlatego dobrze wspominam ten miesiąc spędzony w ich kraju - twierdzi Skoneczny.
Abratkiewicz był na igrzyskach już czwarty raz (wcześniej trzykrotnie jako zawodnik).
- Gdybym miał porównać moje wszystkie olimpiady, to Vancouver wypada zdecydowanie najlepiej. W Salt Lake City była atmosfera wojenna. Impreza odbywała się kilka miesięcy po atakach terrorystycznych z 11 września 2001 r., tak że nie mogło być klimatu sportowego święta. W Albertville mieszkaliśmy w kilku rozrzuconych wioskach olimpijskich, podobnie w Nagano - tam panował dodatkowo chaos organizacyjny. W Vancouver wszystko było zorganizowane optymalnie. Spotykaliśmy się z dużą przychylnością wolontariuszy, a co najważniejsze dla nas, z hotelu na tor nie było daleko - mówi Paweł Abratkiewicz.
Tomaszowianie nie mieli czasu oglądać rywalizacji na innych arenach sportowych. Starty polskich panczenistów były rozłożone w czasie, dlatego Abratkiewicz, jak i Skoneczny musieli być codziennie na torze, na treningach lub zawodach. - Odpoczywaliśmy w hotelu, ale nie mogliśmy odmówić spotkań polonii kanadyjskiej. Zrobili dla nas koncert, na którym zaśpiewał m.in. zespół „Ich Troje” - wspomina fizjoterapeuta. Ponadto Polacy, mieszkający na co dzień w Kanadzie, zorganizowali dla polskich sportowców koncert pt.: „Polonia polskim olimpijczykom”, którego gwiazdami byli Katarzyna Skrzynecka i Jacek Wójcicki. Zagrali i zaśpiewali też artyści polonijni z całej Kanady, z pianistką Katarzyną Musiał na czele.

Vancouver - wpadki i dramaty
Nie wolno jednak zapominać o czarnej stronie igrzysk. Śmierć gruzińskiego saneczkarza Nodara Kumaritaszwiliego pokazała, że najszybszy tor na świecie jest najbardziej niebezpiecznym, a wręcz bezwzględnym przy błędzie człowieka. Bezpieczeństwo tras narciarskich położonych w Whistler (120 km na północ od Vancouver), również pozostawiało wiele do życzenia. Niewątpliwie za groźny upadek słoweńskiej biegaczki Petry Majdic, rywalki naszej Justyny Kowalczyk, odpowiadają organizatorzy biegu sprinterskiego. Skończyło się na pękniętych żebrach Słowenki (mimo to dokończyła rywalizację i zdobyła brązowy medal), jednak gdyby uderzyła w pobliskie drzewo, mogło skończyć się tragicznie.
Kanadyjczycy nie ustrzegli się też wpadek organizacyjnych. - Oczywiście dla mnie, jako debiutanta olimpijskiego, uroczystość otwarcia igrzysk była niesamowitym przeżyciem, Jednak kulminacyjna jej część nie udała się gospodarzom. Przez pięć minut czekaliśmy w napięciu kto zapali znicz olimpijski. Zamiast czterech indiańskich totemów z podłoża hali wysunęły się tylko trzy, a do zapalenia znicza ustawionych było czterech sportowców - mówi Skoneczny. Zdezorientowani sportowcy: panczenistka Catrion LeMay Doan, narciarka alpejska Nancy Greene, koszykarz Steve Nash i hokeista Wayne Gretzky zapalili tylko trzy totemy, od których zapłonął główny znicz igrzysk. Bliźniaczy znicz, umieszczony przed halą, a składający się tak jak zakładał scenariusz z czterech totemów, zapalił po głównej ceremonii Gretzky.
- W Richmond Olympic Oval (hala lodowa, w której rywalizowali łyżwiarze szybcy - przyp. red.) po pierwszej grupie sprinterów, w rywalizacji na 500 m, miało nastąpić regulaminowe czyszczenie lodu. Okazało się, że rolba (urządzenie do czyszczenia lodu - przyp. red.) jest niesprawna i organizatorzy długo nie potrafili sobie poradzić z tym problem. Chcieli przenieść rywalizację na drugi dzień, anulując wcześniejsze wyniki, co nie spodobało się wielu ekipom. W końcu po kilkugodzinnych oczekiwaniach 7 tys. kibiców zgromadzonych w hali oraz trenerów i zawodników rywalizację wznowiono - wspomina Abratkiewicz.

Wpadli na dzień
do Tomaszowa
Polska kadra panczenistów wróciła do kraju 2 marca późnym wieczorem. Ale Paweł Abratkiewicz i Arkadiusz Skoneczny nie mieli zbyt dużo czasu, aby nacieszyć się powrotem do domu. Już 4 marca rano pojechali do Warszawy, a stamtąd na zawody Pucharu Świata do niemieckiego Erfurtu. - Spędziliśmy w Tomaszowie zaledwie jeden dzień. Nawet nie zdążyliśmy się przestawić na polski czas. W stosunku do Vancouver jest dziewięć godzin różnicy. 270 dni w roku spędzam poza domem. Żona z synkiem Kacperkiem dzielnie znoszą moje wyjazdy - mówi trener kadry panczenistów.
- Dobrze, że byliśmy w domu chociaż jeden dzień. Brakowało mi już polskiego jedzenia. Przez miesiąc pobytu żywiliśmy się na przemian kuchnią: chińską, kanadyjską, amerykańską, europejską też, ale nie polską - dodaje Skoneczny.
Z Erfurtu polska kadra łyżwiarzy uda się od holenderskiego Heerenven, gdzie czekają ich finałowe zawody Pucharu Świata, a w dniach 19-21 marca kończące sezon wielobojowe mistrzostwa świata. Później klika miesięcy przerwy i powrót do treningów. Od lat bezpośrednie przygotowania do nowego sezonu polscy panczeniści prowadzą na torach zagranicznych, najczęściej we wspomnianym Erfurcie. - Żeby rywalizować z najlepszymi, musimy trenować w podobnych warunkach, czyli na krytych torach. U Polsce nie mamy takiego obiektu. Teraz jest właściwy moment, by to zmienić , bo stworzył się dobry klimat wokół polskiego łyżwiarstwa. Mam nadzieję, że sukces dziewczyn zostanie wykorzystany i doczekamy się niedługo w naszym kraju zadaszonej hali lodowej, tak potrzebnej panczenistom. Wiem, że to jest trudne i wydaje się nieosiągalne, ale w medal polskich łyżwiarek w Vancouver też mało kto wierzył. Ten, kto postawił na nie pieniądze, jest dzisiaj bardzo bogaty - kończy Abratkiewicz.


Adrian Grałek   

Artykuł ukazał się w wydaniu nr 10 (1024) z dnia 11 Marca 2010r.
 
Rodzaje płatności

Za nasze usługi zapłacisz SMS'em i przelewem online.
Artykuły
Informator
Warto wiedzieć
Kontakt z TIT
Tomaszów Mazowiecki - baza wiedzy Biuro ogłoszeń
ogloszenia@pajpress.com.pl

Tomaszów Mazowiecki - baza wiedzy Dział reklamy
tel: (44) 724 64 17 wew. 28

Tomaszów Mazowiecki - baza wiedzy Redakcja
tel: (44) 724 24 00
Twój TIT
TIT - rejestracja konta Bądź na bieżąco.
Zarejestruj konto »

Prenumerata TIT Zaprenumeruj TIT
wprost na e-mail »