- To była sytuacja jak z filmu sensacyjnego - opowiada pani Anna, mieszkanka ulicy Bema. - Mieszkamy na uboczu, a w domu często nas nie ma. Tego dnia zaalarmował nas telefon sąsiadki.
Zdarzenie, o którym powiadomiła nas pani Anna miało miejsce w ubiegłą środę. Oboje z mężem, jak co dzień, wyszli do pracy, dzieci były w szkole. Pod posesje znajdujące się przy końcu ul. Bema (od strony Granicznej) podjechał samochód. Wysiadł z niego mężczyzna. Zaczął się rozglądać, a po chwili z auta wyjął jakieś zawiniątko. Jego dziwne zachowanie zwróciło uwagę sąsiadki pani Anny. Stała się szczególnie wyczulona, bo nie tak dawno okradziono jej dom. Baczniej zaczęła się więc przyglądać nieznajomemu. Mężczyzna kilka razy jeszcze się rozejrzał, a potem tajemnicze zawiniątko przerzucił przez płot posesji pani Anny, po czy wsiadł do samochodu i w pośpiechu starał się odjechać. Innemu sąsiadowi pani Anny udało się zrobić telefonem komórkowym zdjęcie odjeżdżającego auta oraz zanotować numery rejestracyjne pojazdu. Potem o całym zdarzeniu poinformowali panią Annę.
- Przyjechaliśmy z mężem natychmiast, bo obawialiśmy się tego, co może zawierać przerzucone przez nasz płot zawiniątko - mówi kobieta. - W kojcu, razem z naszym dorosłym wilczurem, znaleźliśmy maleńkiego pieska. Całe szczęście, że nasz pupil nie jest agresywny i nic szczeniakowi nie zrobił. Po wizycie u weterynarza okazało się, że malec nie ma więcej niż siedem tygodni, a upadek z wysokości prawie dwóch metrów (tyle mniej więcej ma ogrodzenie, przez które został przerzucony) też nie wyrządził mu większych szkód. Pies był jednak straszliwie zaniedbany i zarobaczony. Pani Anna znalazła mu już nowy dom, nadal jednak nie może znaleźć usprawiedliwienia dla mężczyzny, który w tak bezmyślny sposób obszedł się z bezbronnym szczeniakiem. - Piesek był trochę podobny do labradorka. Może kiedy się okazało, że to tylko kundel, jego poprzedni właściciel postanowił się go pozbyć? - zastanawia się.
Tuż po zdarzeniu pani Anna o zajściu poinformowała strażnika miejskiego, ten odpowiedział jej jednak, że ze względu na to, że psu nic się nie stało, nie warto zawracać sobie całą sprawą głowy. Innego zdania jest jednak Krzysztof Kukliński, zastępca komendanta Straży Miejskiej. - Nie wiem z kim rozmawiała ta pani, ale nie powinna rezygnować - mówi. - Jeśli posiada dowody w tej sprawie, powinna je przekazać nam, jak również zawiadomić Towarzystwo Miłośników i Opieki nad Zwierzętami. Jeśli nawet mężczyzna ten nie zostanie jakoś dotkliwie ukarany, to przynajmniej dostanie pouczenie i może drugi raz nie zrobi czegoś podobnego. Zachęcamy mieszkańców do szerszej współpracy ze strażnikami miejskimi.
To nie pierwsza tak bulwersująca historia, która dotyczy złego traktowania zwierząt, a które niejednokrotnie już opisywaliśmy na naszych łamach. Niestety nic nie wskazuje na to, że będzie ona ostatnia. |