Prezentacja powiatowego radnego Marcina Witko w sprawie powstającego nad Wolbórką osiedla zwanego „Wenecją” pokazała, jak słabą mamy władzę oraz rozpoczęła kampanię wyborczą do samorządu, która rozstrzygnie się za rok.
Radny Witko zebrał i zaprezentował wszystko to, o czym wiadomo od ponad roku. O tym, jak firma Ezbud -Inetster należąca do przewodniczącego Rady Miejskiej Zenona Łaskiego kupowała teren od powiatu, pisaliśmy w TIT równo rok temu. Od tego momentu nic nowego w sprawie się nie wydarzyło. Radny Witko podniósł niezwykle istotny i emocjonujący zarazem wątek, ile powiat stracił przez to, że sprzedał. Radny przedstawił i wyeksponował informacje, które uznał za ważne z jego punktu widzenia. Inne pominął.
Procedurę kupna sprzedaży działki wyjaśnia w tekście obok jej właściciel.
Radny Witko pyta, ile powiat stracił na tej sprzedaży. Pytanie można odwrócić. Ile miasto na niej zarobiło? Może należało policzyć, ile od października 2007 r. do miejskiej kasy wpłynęło od nowego właściciela działki podatku od nieruchomości. Może warto też zastanowić się nad tym czy to dobrze, czy źle, że w dobie kryzysu lokalny przedsiębiorca inwestuje kilkanaście mln zł w tomaszowskie tereny, a nie zamroził ich np. na budowie w Łodzi. Przy „Wenecji” pracuje na różnych stanowiskach i odcinkach ponad 100 osób (nie licząc podwykonawców). Mają zajęcie, wypłatę, odprowadzają podatek. Czy ten fakt można rozważać w kategoriach korzyści czy strat? W „Wenecji” powstanie 112 małych i średnich mieszkań. Mimo straszenia wielką wodą na pewno znajdą nabywców, bo są skrojone na potrzeby i możliwości lokalnego rynku. Należy przypuścić, że dzięki temu kilka, kilkanaście, a może kilkadziesiąt rodzin podniesie swój standard życia, opuści mieszkania TTBS, których tak bardzo w mieście brakuje i w efekcie skróci kolejkę oczekujących. Szkoda, że tego wszystkiego radny powiatowy nie nagłośnił, a przecież dopiero suma jednych i drugich działań daje rzeczywisty bilans tego co niesie za sobą budowa „Wenecji”.
Radny Witko publicznie wezwał starostę do skierowania sprawy do organów ścigania, by te wyjaśniły sprawę. Gdyby M. Witko chciał rzeczywiście prawdy, a nie rozgłosu, to sprawę mógł sam tam skierować. Do prokuratury ma wyjątkowo niedaleko. A sam, jako radny, więc osoba publiczna, ma takie prawo, a nawet obowiązek.
W starostwie popłoch. Z resztą to niejedyna i nie najważniejsza sprawa, która ukazuje, jak nieudolne samorządy zarządzały tym przez ostatnie trzy lata. Brak fachowości i dobrej woli, przy cynicznej i konsekwentnej grze o etaty i władzę. Efekt śnieżnej kuli zaczął właśnie działać.
Radny Witko idealnie wykorzystał moment i udowodnił, że zna socjotechnikę. Laptop, rzutnik - rekwizyty. Obraz potęgujący siłę przekazu, bo po kilku godzinach sesyjnej nasiadówy nikt (prawie) nikogo już nie słucha. Może radny Witko przymierza się do funkcji starosty, a może prezydenta. Wszystko jedno. Zaczął świetnie. Oto pojawia się znów sprawiedliwy, uczciwy i odważny. Nie waha się rzucić wyzwania jednemu z najbogatszych ludzi w mieście, który wydawał się być nie do ruszenia. Potrzebujemy takich ludzi i takiego przekazu. Prostego, czytelnego. Dobro jest po jego stronie. Tam gdzie on wskaże palcem, tam jest zło. Jak łatwo się wtedy żyje. Wystarczy zaufać sprawiedliwemu. On za nas pomyśli i pokaże co wybrać.
Schemat w tym mieście już przećwiczony. Już kiedyś ktoś taki był. Powtarzał jak mantrę, że straciliśmy 8 mln euro i straszył nas śmieciami z Warszawy. Przez cztery lata kompletnie nic w obu kwestiach i paru innych nie zrobił. Możemy powtórzyć ten scenariusz, ale pytam po co?
Tyle o wyborach 2010. Teraz o interesach.
Każdy, kto choć trochę interesuje się funkcjonowaniem naszego miasta, odpowie z łatwością na pytanie: po co Zenon Łaski poszedł do Rady Miejskiej. Ano po to, by pilnować swoich interesów - odpowie przytłaczająca większość. I dodajmy od razu - robi to skutecznie. Większość to drażni, bo większość nie lubi bogatych. W dodatku blok to nie są pieniądze na koncie, które cicho leżą i nawet nie szeleszczą. Blok widać jak rośnie i kłuje w oczy. Czy można wpuścić wilka do owczarni i oczekiwać, że przejdzie na wegetarianizm? To naiwność. Zatem trudno się dziwić, że Łaski śledzi gospodarkę gruntami, kupuje, scala, planuje, kalkuluje. Sam przed rokiem mówił na łamach TIT, że tworzy bank ziemi.
Jako przewodniczący Rady Miejskiej ma wpływ na kierunki przeznaczenia miejskich terenów, a jako prezes firmy budowlanej kupuje miejskie tereny, buduje na nich, zarabia. Łącząc funkcje i interesy, staje się ofiarą podwójnej roli, w jakiej sam się postawił i jeszcze nie rozumie, czemu społeczeństwo chce go z tego rozliczać. A powienien z tego sobie zdawać sprawę, już w momencie podejmowania decyzji o samorządowej działalności.
W dodatku prywatnie Łaski zajmuje się tym, czym ani miasto, ani powiat skutecznie zająć się nie umiało i nie umie nadal. Strategicznego planowania i polityki gospodarowania gruntami nigdy u nas nie było. Nawoływanie, jakie osobiście uprawiam w tej kwestii od trzech kadencji, nie jest nawet rozumiane, zatem trafia w próżnię. Gdyby strategia i polityka gruntami i nieruchomościami były, to do czegoś takiego jak „afera z Wenecją” nie miałoby prawa dojść.
Łaski jest skuteczny. Ale w Radzie Miasta, a i w Radzie Powiatu, nie tylko on. Nie on jeden zdobył mandat, by zabiegać o własne interesy. Czy ktoś się zastanowił, dlaczego od trzech lat w naszym mieście nie powstał żaden dyskont, market, supermarket? A czy tego nie da się powiązać z faktem, że trzech radnych stojących na czele trzech komisji jest bezpośrednio lub pośrednio związanych z handlem? Komu jeszcze jest wygodnie, że miasto od 2002 r. baruje się z miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego? Im dłużej nie ma mpzp, tym lepiej. Nie dla miasta w ogóle, ale dla niektórych - jak najbardziej.
A czy stan oświaty spędza sen z oczu braciom dyrektorom, którzy opanowali komisje oświaty i kontrolują przepływ pieniędzy na sport w mieście i powiecie? Z ich dotychczasowych poczynań wynika, że nie. Ważne są pieniądze na sport, bo już sami sportowcy, niekoniecznie.
Czy takie zabieganie o własne interesy jest również naganne, czy już nie? Czy „naganność” odnosi się do samego sposobu podejścia do funkcji radnego, czy tylko do ilości zer za liczbą określającą stan majątku?
Bardziej niż interesy wymienionych tu i paru innych niewymienionych radnych, interesują mnie powiązania urzędników, którzy powinni pilnować publicznych pieniędzy, a sami świadczą mniejsze lub większe usługi dla firm, które wygrywają różne przetargi. Wydaje mi się, że jest to niezły obszar do uprawiania korupcji i naginania prawa. Panie prezydencie, czy nie czas się przyjrzeć tym zależnościom? |