tomaszowski informator tygodniowy
Ogłoszenia
Wyróżnione
BIURO RACHUNKOWE - księgi, podatki, ZUS, kadry, ...
czytaj dalej »

BIURO Podatkowe "Berry", księgi, ewidencje VAT, ...
czytaj dalej »

GABINET pediatryczno-pneumonologiczno-alergologicz ...
czytaj dalej »
Baza firm
 
Teren

 To naturalne, że woda musi płynąć

 



Teraz, gdy spadnie deszcz woda będzie sobie płynąć przepustem wprost na pole.


Blisko 90-letni pan Jan z żoną i córką mieszka w malowniczo położonym gospodarstwie we wsi Łęg w gminie Rzeczyca. Ich majątek to jedynie kawałek łąki i niewielkie pole, na którym w tym roku rosną ziemniaki i owies. Żyją bardzo skromnie.
- To wszystko, co mamy - mówi pan Jan. - Małe emerytury i niewielka renta córki nie wystarczają i uprawy ratują nam życie.
Od piątku, 3 lipca, rodzina żyje w ciągłym strachu. Wciąż patrzą w niebo i modlą się, by nie było większych opadów.
- A wszystko przez drogowców - mówi pan Jan. - Przez nich możemy stracić wszystkie uprawy, boimy się również o nasz stary, drewniany dom.
Wzdłuż gospodarstwa starszego mężczyzny biegnie droga łącząca Rzeczycę, Łęg, Brzeziny i dalej Grotowice, i Brzeg. Na wysokości gospodarstwa pana Jana są dwa spadki. Wzdłuż i w poprzek drogi. Dlatego już od bardzo dawna przy drodze, od strony gospodarstwa, funkcjonował wał ziemny i niewielkie koryto, które odprowadzało wodę w dół wsi, w stronę Brzezin. Niekiedy, przy większych opadach, woda dostawała się na pole pana Jana.
- Przez całe życie nic nie mówiłem - mówi gospodarz. - Mieliśmy utrudnienia, bo na łące robiło nam się bagno, ale nosiliśmy siano na górkę, by schło. Przecież to normalne, że deszczówka musi gdzieś spłynąć.
Gdy budowano wał, pan Jan również nic nie mówił. Pomysł popierał, oddał nawet część swojego terenu, by była w tym miejscu szersza droga.
Jakiś czas temu gmina jednak postanowiła wyrównać drogę i wyłożyć na niej tłuczeń. Pomysł bardzo się spodobał okolicznym mieszkańcom. Również rodzinie pana Jana. Jednak podczas prac ciężki sprzęt rozjeździł niewielkie rowy i część wałów. Ponadto za gospodarstwem rodziny podwyższono poziom w taki sposób, że wzdłuż niego zrobiła się niecka.
Podczas opadów część wody nadal spływała polem, jednak podczas ostatnich burz deszczówka stanęła na drogach, tworząc wielkie kałuże. W piątek, 3 lipca, problem rozwiązali drogowcy.
- Słyszałem, że przyjechali ciężkim sprzętem - mówi pan Jan. - Rozmawiali jak pozbyć się wody. Jeden z nich powiedział: ?że tego nie zrobi?, drugi wsiadł i spychem zepchnął kawałek wału, robiąc wyrwę na nasze pole - dodaje.
Kałuże znikły, gdyż woda spłynęła wartkim strumieniem między kartoflami i owsem.
- Byliśmy w szoku - mówi córka pana Jana. - Rozumieliśmy, gdy woda płynęła łąką, ale teraz bezpośrednio puszczona jest na nasze jedyne i tak marne uprawy. Już zaczęły żółknąć nam kartofle. Ponadto w osi wyrwy stoi nasz stary drewniak. Co będzie, gdy przyjdą na prawdę wielkie deszcze. Boimy się, że nas zmyje - dodaje ze łzami w oczach.

W poniedziałek, 5 lipca poinformowaliśmy o sytuacji władze gminy. Było to na tyle istotne, gdyż na ten dzień synoptycy zapowiadali w województwie łódzkim burze i opady. Wójt Marek Pałasz zapewnił nas jednak, że był na miejscu i jego zdaniem, problemu tam nie ma. Jest naturalny spadek i woda musi jakoś zlecieć. By spuścić wodę z drogi, zrobiono odpływ. Jeżeli jednak coś będzie się działo niepokojącego, gmina zareaguje.
Pozostaje tylko pytani: po co? Czy drogowcy będą mierzyć, czy schodzi mało, czy dużo wody? I czy ziemniaki już gniją, czy jeszcze nie?
Postanowiliśmy zapytać dwóch niezależnych inżynierów drogowych z uprawnieniami, czy można wypuszczać wodę z drogi publicznej na prywatny teren. Choć nie chcieli wdawać się w szczegóły, ponieważ nie byli na miejscu, odpowiedzieli jednoznacznie. - W żadnym wypadku - tłumaczyli. - Powinny być zastosowane inne rozwiązania. Przecież ci ludzie nie mieliby problemu, gdyby tej drogi tam nie było. To ona kumuluje w tym miejscu dużo większe ilości wody.
Inżynierowie twierdzą jasno, że w przypadku zalania gospodarstwa jego właściciel może dochodzić odszkodowania od gminy.
- Gdzie ja będę się w moim wieku uganiał za odszkodowaniem - mówi 89-letni pan Jan. - Mnie tylko o dobro rodziny chodzi.
A tej pozostaje jedynie wierzyć w zapewnienia wójta, że woda nie wyrządzi żadnych strat.

Ważnym aspektem problemu jest fakt, że gmina Rzeczyca przygotowuje się do modernizacji tej drogi. Tworzona jest dokumentacja. Oczywiście władze ubiegać się będą o środki zewnętrzne. I to paradoksalnie może być źródłem problemów rodziny pana Jana. Gmina będzie wzbraniać się przed prowadzeniem teraz jakichkolwiek poważniejszych prac, bo szkoda dodatkowych pieniędzy. A rozwiązanie było proste. Zrobiono przepust w nie swoje ziemniaki. I tu już naprawdę nie chodzi o to, czy gmina złamała prawo, czy nie. Czy spadnie deszcz i czy gospodarz będzie dochodzić odszkodowania.
Przykro, że władza działa z pozycji mocniejszego, gdzie zwykły, malutki mieszkaniec musi wyrzec się swoich obaw i uwierzyć, że nic złego się nie stanie. Nawet, gdy widzi jak woda mknie między jego plonami w stronę domu. W tym przypadku gminie z pewnością nic się nie stanie, bo jej władze dobrze wiedzą, że 89-letni pan Jan nie wystąpi nigdy o żadne odszkodowanie.


war   

Artykuł ukazał się w wydaniu nr 27 (990) z dnia 10 Lipca 2009r.