tomaszowski informator tygodniowy
Ogłoszenia
Wyróżnione
UROLOG specjalista ANDRZEJ KACZMAREK: choroby ...
czytaj dalej »

WIĘŹBY dachowe, pokrycia, tel. ...
czytaj dalej »

NIE MOŻESZ SPRZEDAĆ SAMOCHODU???. Zapraszamy do ...
czytaj dalej »
Baza firm
 
Relacje

 Spalski bór znów darzył!

 
Spała Sobotni świt jarzył się tylko rozświetlonym ołtarzem w polowym kościele przy kaplicy prezydentów. Strzelby, psy gończe i wyżły, dwustu myśliwych, rogi i trąby. To jedyna taka w roku w Polsce, kto wie czy nie w Europie, msza hubertowska.



Królowie polowania.


Hubertus Spalski jest już dzisiaj wielką imprezą gromadzącą myśliwych i „koniarzy” z całej Polski. Tylko patrzeć, jak przyjeżdżać tu zaczną wyznawcy św. Huberta z całej Europy i świata. Są już teraz, choć na razie incognito, z Rosji, z Chicago. Za rok będziemy tu mieli być może narodowe reprezentacje łowców i jeźdźców pod sztandarami.
Pierwsze prezydenckie polowanie odbyło się w Spale w 1927 roku. Ignacy Mościcki zainicjował tu uroczyste obchody patrona myśliwych św. Huberta - Spalskie Święta Hubertowskie. Odbywały się na początku listopada w gronie miłośników łowów, delegatów służby leśnej z całej Polski oraz miejscowych leśników. Najsłynniejszy Hubertus w 1933 roku zebrał 500 uczestników.
W 2003 roku odbył się w Spale pierwszy po wojnie ogólnopolski Hubertus, tradycyjne święto myśliwych i jeźdźców. Inicjatorem był tym razem inny miłośnik Spały i tradycji myśliwsko-jeździeckiej - Roman Jagieliński. W tym roku odbył się kolejny Hubertus Spalski. Kontynuuje wcześniejszą o kilka lat inicjatywę spalskiego proboszcza, miejscowych leśników i myśliwych organizujących tu obchody hubertowego święta.
W 2000 roku proboszcz spalski ksiądz Dariusz Łosiak podjął wraz z leśnikami i myśliwymi z okolic Spały próbę reanimowania związanej z tym miejscem tradycji mszy hubertowkich i obchodów święta patrona myśliwych i leśników. Inicjatywa szybko znalazła zwolenników powrotu do spalskiej, myśliwskiej przeszłości.
W pierwszej po długiej przerwie mszy hubertowskiej wzięło udział kilkunastu myśliwych i leśników z najbliższej okolicy. Rok później było już dwustu uczestników spalskich Hubertowin. Przybyli nie tylko leśnicy i myśliwi, którym św. Hubert patronuje, lecz także ich rodziny, a nawet ludzie niezwiązani z myślistwem, pragnący poznać interesującą tradycję.
Ma ona w Spale bardzo silne korzenie. Puszcza Pilicka była miejscem polowań wielu władców Polski, książąt, królów, carów i prezydentów.
W 1884 roku car Aleksander III zażyczył sobie w Spale pałacu. Pałac wybudowano według projektu krakowskiego architekta Leona Mikuckiego. Wybudowano też elektrownię, wieżę wodociągową i pompownię. Umożliwiło to założenie w rezydencji sieci wodociągowo-kanalizacyjnej. Powstał zespół rezydencjonalny wtopiony w otaczający go las.
W 1919 roku Spała stała się letnią rezydencją naczelnika państwa polskiego. Prezydent Stanisław Wojciechowski zlecił wybudowanie tu drewnianej kaplicy w stylu góralskim. Myśliwska Spała rozkwitła, gdy gospodarzył tu zawołany myśliwy Ignacy Mościcki. Zainicjował on w Spale uroczyste obchody patrona myśliwych św. Huberta. Spalski Hubertus w dzisiejszym wymiarze i postaci może z powodzeniem ubiegać się o miejsce w kalendarzu imprez zjednoczonej Europy.

Grały rogi
Każda z dziesięciu grup polujących na spalskich Hubertowinach miała ze sobą dwóch sygnalistów, ogłaszających wszystkie etapy łowów i efekty polowania. Grzmiały więc w sobotę w spalskich lasach myśliwskie rogi - jak za książąt, królów, carów i prezydentów...
Myśliwska Spała rozwija się intensywnie, także gdy chodzi o zasobność pokotu, czyli pozyskanej w trakcie polowania zwierzyny. Podczas pierwszego Hubertusa z polowaniem wystarczyło strzelić dwa koguty bażancie, by być królem polowania (i jam to, nie chwaląc się uczynił). Tym razem strzeliłem pięć i było mało, bo król „uziemił” dziewięć. To piotrkowianin, Bogusław Moraczewski.
A na polanie nad Pilicą usłanej jedliną, całkiem jak za dawnych, prezydenckich czasów, położono w wymaganym tradycją porządku: jelenia, dziewięć dzików, trzy sarny, cztery lisy, sto cztery bażanty i dwie kaczki!
Królem został tym razem młody myśliwiec Jan Jasiorowski z koła „Łoś” Kozietuły. Szczęściarz poluje od sześciu lat, na spalskiego Hubertusa przyjechał po raz pierwszy. Laury wicekrólewskie odebrali wspomniany już Bogusław Moraczewski, Mateusz Grabarz i Ryszard Nowak. Medale wręczali organizatorzy spalskich łowów: Andrzej Gdula, prezes NRŁ, Zbigniew Boniuszko, Roman Jagieliński, dzięki któremu spalski Hubertus istnieje.

Wielka patelnia
Myśliwcy polowali, uganiali się za zwierzyną, a nad stawem spalskim trwała przez wiele godzin impreza towarzysząca łowom. Smażono, gotowano, jedzono, pito, grano i śpiewano na dziesiątki patelni i garnków. Oswajanie dziczyzny trwało od rana do wieczora. Głównie pod dyktando największego kucharza myśliwskiego Grzegorza Russaka, który nie tylko gotował wielki bigos na 2,5-metrowej patelni, ale przede wszystkim mówił o ingrediencjach bigosowych: grzybkach, śliwkach, mięskach, sosach, o tym, że bigos gotuje się nie tyle dniami, co tygodniami, dokładając, wzbogacając, właściwie do chwili, gdy na dnie sagana zostaje reszta. I to jest właśnie bigos polski. Nie bigosik, jak się to czasem mówi, bo bigosik gotuje się na kwaśnych jabłkach, nie na kapuście!
Gawędziarz Russak dotknął wszelkich aspektów łowów, także historycznych, wspominając, że gród i armia były mocne dziczyzną zasoloną w beczkach. Pod Grunwaldem też! A na naszych owocach, nawet tych niedojrzałych, robi się naliwki albo nastawki i jest to konkurencja na wytrzymałość, bo pół roku to minimum czekania na efekt.
Swoje tajniki i tajemnice zdradzali, albo nie, amatorzy, uczestnicy konkursu gotowania z dziczyzny. Główne składniki ich kulinarnych poematów to jelenina i rydze, a nalewek - trudno było po konkursowych degustacjach sprecyzować jurorom, m.in. Michałowi Fajbusiewiczowi, Zbigniewowi Buczkowskiemu. W nalewkach wygrała czeremchówka Zygmunta Paczuski, laury za napoje i jadło odbierali m.in. Dariusz Król, Tadeusz Wendrychowicz, Ewa Reszka, Ryszard Grzegorczyk z narzeczoną Anetą, Jacek Więcek, Łukasz Cyniak, miłośnicy dziczyzny, łowów i niezwykłych spalskich klimatów z całej Polski.
W kulinarnych zapasach wystartowały też dwie kuchnie spalskie z hoteli Mościcki i Prezydent. Tu jurorzy się poddali i nie rozstrzygnęli konkursu. Pierwsze miejsca były dwa! Przygrywał i przyśpiewywał imprezie zespół „Żubrosie”.
Wiele pierwszych miejsc było natomiast w konkursie Kolorowy Hubertusik za związane z myślistwem malunki i fotografie (piszemy o tym na stronie 16).

Na koń!
To było niezwykłe widowisko na błoniach pod Brzustowem. Masterowi pogoni za lisem, twórcy całej imprezy Romanowi Jagielińskiemu zgłoszono wprawdzie 48 koni, ale to były wierzchowce goniące za lisem. Wszystkich innych było z pewnością ze sto. Prezentowały się dumnie stajnie Nowy Glinnik, Napoleońska Zagroda, Jasień, Świniokierz, tomaszowska „Amazonka”.
Łatwo znaleźć „rodzynki”: najmłodszą chyba w gonitwie 8-letnią Ludwikę Hrabską ze Spały na „Dorce”. Przyciągają wzrok dwa wyglądające jak indiańskie „appalachy” nakrapiane koniki taty i syna z pobliskiego Brzustowa - Grzegorza i Krzysztofa Mocholów. Ponadto psy myśliwskie, ptaki łowcze, które same dały osobny pokaz. Ułani, lansjerzy, kudy tam kowbojom do tych umiejętności robienia z siodła lancą czy szablą!
No i wreszcie pogoń za lisem. Jako się rzekło. Pięćdziesiąt prawie koni i jeźdźców w pogoni za jedną lisią kitką! A miał ją na ramieniu nie byle kto! Dariusz Sadowski na „Chełmży” z Mikołajowa, trzykrotnie na spalskim Hubertusie sięgnął z sukcesem po lisią kitę! Teraz czas uciekać. Dwie „nory”, specjalnie oznaczone koła, gdzie lisa łapać nie wolno, to złudne schronisko. W końcu trzeba z nich wyjechać.
Lis umyka cudownie i zgrabnie. Finezja - to tyczy i konia i jeźdźca. Ale przecież siła złego na jednego. Choć tym razem jest inaczej niż w historii! Lisią kitę ma w dłoni nie dżigit a amazonka! Marta Kowalczyk! Pierwszy raz w historii spalskiego Hubertusa to amazonka ma trofeum!
Marta wcale nie jest urodzona w siodle. Jeździ kilka lat. Na co dzień uczy się w gimnazjum w Koluszkach. Z siodła mówi, że to nie ona, tylko koń - „Koreanka”, klacz małopolska ze stajni „RoJa” w Świniokierzu. Ale dodaje po cichu, że zaryzykowała. Wymyśliła, że lis skręci w lewo i skręciła tam, zanim zrobił to lis i reszta. No i kita była w ręku!
A na błoniach nadpilickich zapłonęło wielkie ognisko, rozpoczęła się zabawa i biesiada kończąca tegoroczne święto myśliwych i jeźdźców. Na kolejnego spalskiego Hubertusa zapraszali na koniec Roman Jagieliński, który to wszystko wymyślił i ci, którzy przyłożyli ręki do organizacji - Cezary Szadkowski i Jan Królikowski, od łowów i od koni.


Marek Miziak   

Artykuł ukazał się w wydaniu nr 42 (1005) z dnia 22 Października 2009r.