Po dwóch dniach pobytu w Spale chcieli wracać do siebie, do zalanych przez powódź domów i posesji. Po dwóch tygodniach płakali, bo chcieli zostać.

Było tak, jak być miało w naszej polskiej rzeczywistości. Były pieniądze, pomysł na ich wykorzystanie. Stało się, tyle tylko, że końcówkę zrealizował ktoś inny niż planowano.
62 dzieci z Opolszczyzny. W wieku przeróżnym - od kilku miesięcy do 12 lat. 38 opiekunek – mam, cioć, babć i jeden opiekun - Henryk Wiechowski z Kędzierzyna Koźla, tata dwóch córeczek. Znaleźli się w ośrodku „Zacisze” w Spale. Właściwie – w lesie. W środku drogi między Spałą i Konewką. Tutaj skierowano ich, ratując z powodzi.
Ośrodek to obiekt sieci „Natura tour”, jeden z wielu w Polsce, z centralą w Warszawie. Kiedyś było tu wczasowisko kolejarzy. Teraz – dom wczasowy, masaże, jacuzzi, centrum konferencyjne.
- Chcieliśmy skorzystać – mówi w imieniu mieszkańców z gminy Cisek, z Koźla, Dobrzenia Małego, Popielowa Elżbieta Kaczmarczyk. – Tam u nas koszmar, woda, błoto, smród zgnilizny. Z małymi dziećmi u nogi – żadna robota. Tylko przeszkadzają. Zostawiłyśmy mężów na tym nieszczęściu i wsiadłyśmydo autobusów. Zabierając to, co pod ręką i co dało się zabrać. Ośrodek ładny, pokoje, wyżywienie, złego słowa nie powiemy, personel też robi, co może. Ale w naszym przypadku – niewiele może – uzupełniają inne kobiety.
Tak pisaliśmy na naszych łamach, sugerując jednak, że nasi nie zostawią Opolan samych sobie. I tak było. Po alarmie od członków tomaszowskiego Klubu Kwadransowych Grubasów, którzy spotkali bezradnych powodzian w Spale, poszły działania wice- i prezydentów Tomaszowa, a po naszym – wójta Inowłodza. Znalazły się ulgowe, albo wręcz darmowe, wejścia na spalski basen, do komory solnej, do Skansenu Rzeki Pilicy, muzeum, biblioteki. Znalazł się autobus komunikacji miejskiej, który woził powodzian, gdzie chcieli. Tylko czy trzeba było naszych i innych interwencji, by było normalnie? |