tomaszowski informator tygodniowy
Ogłoszenia
Wyróżnione
KUPIĘ każde auto uszkodzone, rozbite lub do ...
czytaj dalej »

ŁĘCZYCA - sprzedam mieszkanie 2 pokoje z kuchnią ...
czytaj dalej »

PRYWATNY gabinet ginekologiczno-położniczy lek. ...
czytaj dalej »
Baza firm
 
Relacje

 Spłynął z nieba złoty deszcz

 
W sobotę, pierwszego dnia Festiwalu „A może byśmy tak... do Tomaszowa”, błonia przy ul. Strzeleckiej świeciły pustkami. W niedzielę było już znacznie lepiej. To w głównej mierze zasługa zespołów Manchester i Pectus. Jedynym jasnym punktem festiwalowego programu był pokaz sztucznych ogni. Zgromadzona pod sceną publiczność aż wydała jęk zachwytu, gdy po ostatnim wystrzale spłynął z nieba złoty deszcz.



Fanki Manchestera zbierały autografy jeszcze przed koncertem.


Przyzwyczailiśmy się do tego, że święto miasta organizowane jest co roku w jeden z czerwcowych weekendów. W tym roku po raz pierwszy, i to nie z winy organizatorów, impreza przeniesiona została na ostatnią sobotę i niedzielę sierpnia. Termin okazał się niezbyt szczęśliwy. Nie dopisała pogoda, zaproszone w ostatniej chwili zespoły nie do końca potrafiły przyciągnąć na błonia tomaszowian, z pozostałych atrakcji też większego wyboru nie było. Część osób obsługujących kramiki „z różnościami”, właścicieli ogródków piwnych i karuzel wyjechała w sobotę wieczorem na imprezy organizowane w innych miastach.
W sobotnie popołudnie dla garstki tomaszowian zagrały zespoły: Toster, Vino, Exodus 15 i Poluzjanci. Było trochę rockowo, trochę bluesowo i funkowo, zabrzmiały też piosenki w stylu R&B i gospel. Najbardziej wytrwali bawili się do północy na dyskotece, którą zorganizowano przy muzyce mechanicznej.
Oba dni tomaszowskiego festiwalu ratował, jak mógł, Paweł „Konjo” Konnak, któremu powierzono konferansjerkę. Nie tylko zapowiadał kolejne punkty programu, ale starł się z nieporuszonej, niemal skamieniałej pod sceną publiczności wydobyć oznaki życia. Opowiadał anegdoty, wyciągał do przeróżnych konkursów, wymuszał zainteresowanie tym, co się dzieje na scenie. Niektórzy śmiali się z nim, inni z niego, ale cel osiągał.
Przygotowany na niedzielę blok dla dzieci z powodu ulewnego deszczu trzeba było nieco opóźnić, co zaskutkowało poślizgami kolejnych punktów programu. Dla większości przychodzących na błonia tomaszowian nie stanowiło to jednak większej różnicy, bo i tak ich głównym celem były ogródki piwne lub wesołe miasteczko. Przed sceną zatrzymywali się przy okazji. Tylko nieliczni przychodzili wyłącznie na wybrane koncerty. To zauważali także występujący artyści. - Kiedyś wydawało mi się, że w Tomaszowie mieszka więcej ludzi - mówił z przekąsem podczas występu zespołu Colorado jego założyciel, lider i wokalista Janusz Nastarowicz (rodowity tomaszowianin). Muzyka country grana przez ten zespół była doskonałym podkładem do tego, co działo się w obozie indiańskim zaaranżowanym przez członków „Tatanki” – wioski indiańskiej z Solcy Małej. Przed rozbitymi na błoniach tipi można było nie tylko obejrzeć stroje i wyposażenie indiańskich domów, ale wziąć również udział w zabawch i konkurencjach sprawnościowych - rzutach do celu, połowie ryb, walce na równoważni szejeńskiej. Dodatkowo na dużej scenie odbył się pokaz tradycyjnych tańców i pieśni indiańskich.
Ciepło przyjęta przez tomaszowską publiczność została Danuta Błażejczyk. Jej, trochę jazzowy, głos co prawda lepiej nadawałby się do kameralnej sali, gdzie w pełni można byłoby docenić jego walory brzmieniowe oraz wsłuchać się w mądre słowa piosenek, ale i w szczerym polu można się było tym głosem delektować.
Nie zawiodły najbardziej oczekiwane przez tomaszowian zespoły Manchester i Pectus. Oba inspirują się brytyjską sceną rockową. Pectus z lat 80., Manchester młodszą o dekadę. W wykonaniu obu zespołów usłyszeliśmy bardzo dobrze znane już utwory, jak i piosenki najnowsze, które dopiero ukażą się na krążkach (już we wrześniu spodziewana jest w sklepach najnowsza płyta zespołu Pectus). Liderzy obu zespołów bardzo pochlebnie wypowiadali się po koncercie o tomaszowskiej publiczności, choć były chwile, gdy obawiano się, że z koncertów będą nici. - Kiedy w połowie naszego koncertu zaczął lać deszcz i wszyscy rzucili się do ucieczki, zażartowałem, że po lewej stronie sceny dają darmowe kiełbaski i musztardę i pewnie dlatego wszyscy tam biegną. Po chwili tłumek wrócił pod scenę - mówi ze śmiechem wokalista zespołu Manchester.
XV Festiwal „A może byśmy tak... do Tomaszowa” zakończył się pokazem sztucznych ogni. Trzeba przyznać, że tym razem organizatorzy się spisali i wydanych pieniędzy na ten cel nie ma co żałować. Bajecznie kolorowe pióropusze, rozchodzące się po całym niebie gwiazdki i ogniste wulkany przyćmił efekt końcowy - złoty deszcz spływający na głowy zachwyconych gapiów. Wszystko w rytm rozlegającej się z głośników muzyki elektronicznej.
Czy kolejny festiwal odbędzie się za rok, a jeśli tak, to w jakiej formule, zobaczymy. Wszak już na jesieni czekają nas wybory samorządowe.


MarMajs    

Artykuł ukazał się w wydaniu nr 35 (1050) z dnia 3 Września 2010r.