Niestety, w zakładach podległych władzom Tomaszowa oraz ościennych gmin, a także w placówkach służby zdrowia i rozmaitych organizacjach coraz rzadziej zatrudniani są...
W naszym kraju utrzymanie jednego osadzonego w zakładzie karnym kosztowało w ubiegłym roku średnio ponad 76 złotych dziennie, co daje 28 tys. zł rocznie. Przy tym więzienia są ponad miarę zatłoczone. Nic więc dziwnego, że od kilkunastu lat rzecznik praw obywatelskich apeluje, by drobni przestępcy, zamiast iść za kratki, mogli wykonywać prace społeczno-użyteczne (np. sprzątać ulice). Ale sądy raczej niechętnie skazują winnych na kary ograniczenia wolności poprzez pracę. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że zależy to w dużej mierze od polityki penitencjarnej ekipy, która akurat znajduje się u władzy.
Na początku wieku sędziowie Sądu Rejonowego w Tomaszowie nawet dość chętnie wymierzali karę ograniczenia wolności. W 2004 roku było 357 takich wyroków, a do tego 73 grzywny zamieniono na pracę. Ale w 2008 roku skazano na pracę tylko 106 osób i zamieniono jedynie 43 kary pieniężne.
Przez ostatnie pięć lat widać tendencję spadkową. O ile w 2006 roku było jeszcze 350 tak zakończonych spraw (259 wyroków i 91 zamian), to już rok później tylko 260 (189 + 71), a w 2008 roku zaledwie 149 (106 + 43). Ubiegły rok był ciut lepszy. 118 razy wyrokowano ograniczenie wolności i zamieniono na pracę 57 grzywien.
- Przed laty były problemy ze znalezieniem miejsc pracy dla skazanych, dziś ta praca jest, ale wyroków mało – mówi Iwona Gierczak, kierownik Zespołu Kuratorskiej Służby Sądowej do wykonywania orzeczeń w sprawach karnych. – Niegdyś to prezydent miasta musiał wskazywać firmy, do których mogliśmy kierować skazanych, a wiele z nich odmawiało. Z czasem kierownictwo wielu przedsiębiorstw i instytucji przekonało się, że z takich pracowników można mieć pożytek, więc o zatrudnienie skazanych było dość łatwo, ale wtedy błyskawicznie zaczęła spadać liczba wyroków ograniczenia wolności.
Wygląda na to, że sędziowie kierują się nie tylko bezstronną oceną sprawy i zdrowym rozsądkiem, ale przede wszystkim wytycznymi, które nadchodzą z Ministerstwa Sprawiedliwości. Załamanie ferowania wyroków ograniczenia wolności nastąpiło od razu, gdy tylko na czele resortu sprawiedliwości pojawił się Zbigniew Ziobro. Polityka PiS zakładająca surowe kary dla przestępców bez różnicowania skutków społecznych ich przestępstw przełożyła się na wyroki. Hasło „do więzienia” stało się popularne. A że zakłady karne są przepełnione, to przecież nie problem sądu.
Widać też swoiste pójście na łatwiznę. Skazanym na pozbawienie wolności zajmą się inne służby. W przypadku ograniczenia wolności to sąd i jego pracownicy będą przez wiele miesięcy, a nawet lat, zajmować się skazanym. Wniosek prosty - do „pierdla” i niech się martwią inni.
Na koniec marca w naszym mieście było niespełna dwustu takich skazanych. Do tego dochodzi kilkudziesięciu w gminach powiatu tomaszowskiego. Sąd na nieodpłatne roboty najczęściej skazuje kierowców przyłapanych na jeździe po pijanemu. Głównie są to rowerzyści, choć i nie brak trunkowych mistrzów kierownicy. Stanowią oni w sumie ponad połowę ogółu skazanych na tę karę. Pozostałe znaczące grupy „robotników przymusowych” to osoby, które nie płaciły alimentów oraz sprawcy drobnych kradzieży.
- Trudno powiedzieć, dlaczego w minionych latach było tak mało kar ograniczenia wolności, ale ostatnio ich przybywa i to jest optymistyczne. Uważam, że jest to bardzo dobry kierunek - dodaje Iwona Gierczak. - Te kary przynoszą oczekiwany skutek. Skazany uczy się szacunku do pracy, solidności, odpowiedzialności. No i nie przebywa w środowisku samych kryminalistów, co siłą rzeczy wypacza charakter. Tacy skazani nie kosztują nic podatników, a nawet jest z nich jakiś pożytek.
Przez długie lata trudno było znaleźć amatorów darmowej pracy skazanych. Dlatego sędziowie często woleli nie orzekać tej kary, bo skazanego nie można posłać dokądkolwiek. Ponieważ ma to być praca społecznie użyteczna, karę można odpracować tylko w firmie państwowej, samorządowej lub w fundacji, której działalność służy szlachetnym celom. Firmy wzdrygały się przed zatrudnieniem skazanych, bo z tym wiązały się liczne problemy: brak ludzi do pilnowania, konieczność ubezpieczenia i przeszkolenia bhp takiego pracownika, zapewnienie odzieży ochronnej i... założenie kartoteki, w której będą odnotowywane godziny z wyroku.
Jedną z pierwszych firm, która przełamała te stereotypy był Miejski Zakład Komunikacyjny.
Dyrektor Jarosław Jopek przyznaje, że na początku trochę bał się zatrudniać takich ludzi. Teraz wie, że wśród skazanych są nie tylko ludzie z marginesu. A w MZK jest co robić – choćby sprzątać, grabić, odśnieżać zimą, a przy tym czyścić autobusy, sprzątać i naprawiać przystanki itp. – Są pewne koszty, ale pożytek jest znacznie większy – stwierdza dyrektor. Dziś MZK to ciągle firma, która chętnie przyjęłaby skazanych, ale ich nie dostaje. Obecnie tylko jeden odpracowuje tu wyrok.
Podobnie rzecz się ma z Ośrodkiem Sportu i Rekreacji. Dopiero na początku XXI wieku władze miasta i dyrekcja doszły do wniosku, że warto przyjmować skazanych na pracę. Już pierwsi zatrudnieni okazali się bardzo przydatni. - U nas dla takich ludzi jest co robić, tym bardziej, że po części zajmujemy się utrzymywaniem czystości w mieście na terenach komunalnych – opowiada Grzegorz Jabłoński, kierownik obiektów przy ul. Nowowiejskiej. - Pierwsi skazani trafili do nas w 2003 roku. Na początku sądy kierowały do nas po kilka osób rocznie. Dziś jest ich kilkudziesięciu. Ci, którzy u nas pracują, z reguły spisują się dobrze. U nas głównie liczy się praca, a nie obecność. Robią więc szybko, by maksymalnie skrócić sobie czas kary.
Tomaszowscy sędziowie mogliby wziąć pod uwagę przydatność pracy społeczno-użytecznej dla poprawy czystości miasta i kierować więcej skazanych do OSiR. Tam potrzeba wiele rąk do pracy. I najlepiej takich darmowych.
Gdy jesteśmy w ośrodku, taki właśnie delikwent sprząta trybuny stadionu OSiR. Kiedy nie ma sprzątania, jest koszenie traw, usuwanie chwastów, mycie okien, a jak trzeba, to się jedzie na miasto. Jędrzej ma 36 lat i z zawodu jest kierowcą. Ale stracił pracę i teraz dorywczo łapie różne fuchy. Dostał po 20 godzin pracy przez 6 miesięcy za jazdę po pijanemu na rowerze. Dla niego te 20 godzin to pestka. Odpracuje je najszybciej jak może. Dotkliwą karą jest dla niego utrata prawa jazdy. Bez niego o stałej pracy nie ma co marzyć.
W Tomaszowie coraz więcej firm chce przyjmować skazanych na pracę. Dawno robi to szpital. Od niedawna zainteresowane są szkoły i przedszkola, a nawet straż pożarna. Po pracę skazanych sięgają też organizacje charytatywne.
Z naszego rozeznania wśród pracodawców wynika, że skazani „za promile” są przeważnie chwaleni przez pracodawców. Alimenciarze zaś mają opinię patentowanych leni i obiboków. Dla nich 2-3 godziny pracy to często niebywały wysiłek. A bajerują, kombinują, kit wciskają, że np. ojciec chory, dzieci same w domu, że pracowali długo, choć w rzeczywistości urwali się wcześniej. W MZK zdarzyło się, że delikwent brał łopatę do odśnieżania, wychodził za bramę i znikał. Firma nie stawia strażników, by pilnować skazanych na pracę. Nikt ich nie będzie zmuszał. To oni muszą chcieć.
Nałożenie kary ograniczenia wolności poprzez pracę nie jest wyłączną decyzją sędziego. Skazany musi wyrazić na to zgodę. Przy kierowaniu do miejsca pracy sędziowie biorą też pod uwagę, gdzie skazany chciałby pracować oraz odległość zamieszkania od miejsca pracy. Wielu skazanych karę tę traktowało jako wymiganie się spod miecza Temidy. Jednak spotkała ich niemiła niespodzianka. Jeśli skazany nie wykonuje pracy (lub robi to źle), na wniosek kuratora sędzia stosuje kary zastępcze – grzywnę lub pozbawienie wolności w przypadku ograniczenia wolności oraz od razu „pudło” w przypadku zamiany grzywny na pracę. W ubiegłym roku taka przykrość spotkała 1/3 skazanych na pracę i kilku skazanych na grzywny.
Jest też i druga strona medalu. - Ci, którzy pracują solidnie, mogą zasłużyć na zwolnienie z reszty kary po upływie połowy wyroku - dodaje kuratorka Gierczak. - W 2009 roku wnioskowaliśmy o skrócenie kary dla ponad 30 skazanych i sąd wydał pozytywną decyzję. Potwierdza to skuteczność karania poprzez pracę. Nie wszyscy bowiem są straszliwymi kryminalistami.
W błędzie są więc ci, którzy sądzą, iż kara pracy jest przeżytkiem, zapomnianym spadkiem po realnym socjalizmie i czasach historycznych. W takich państwach jak Wielka Brytania, Francja, Dania, Belgia kara ta stanowi 30-40 procent wszystkich wyroków. U nas jest to ciągle niespełna 10 proc. A powinna być modna ze względu na koszty i na to, że skazany odbywa ją w środowisku wolnościowym. Towarzyszący jej wstyd jest niczym w porównaniu z tym, co może spotkać człowieka w warunkach pozbawienia wolności, gdy w więzieniu styka się ze środowiskiem przestępczym.
Państwa bez takiej przeszłości jak my, np. Szwecja czy Wielka Brytania, chwalą sobie tę karę. W Polsce jest inaczej. Już w 1999 roku (w dwa lata po wprowadzeniu jej do kodeksu karnego) rzecznik praw obywatelskich alarmował premiera, że: „...coraz liczniejsza grupa sędziów i prokuratorów przestaje być w pełni przekonana do skuteczności tych kar”.
Czy coś z tej wstrzemięźliwości pozostaje do dzisiaj? Mimo zapowiedzi kolejnych ministrów sprawiedliwości od roku 2005 (115 tysięcy skazań) liczba orzekanych kar ograniczenia wolności zmniejszała się corocznie o kilka procent rocznie (2009 rok ok. 90.000 skazań). Czy ta tendencja się zmieni? Czy rok, który niedawno się zaczął, będzie przełomowy? Można wątpić.
Kara ograniczenia wolności
stanowi polską odmianę znanej porządkom prawnym wielu państw kary pracy na cele społecznie użyteczne. Stanowi nieizolacyjną alternatywę dla krótkoterminowego pozbawienia wolności. Stosowana jest wyłącznie za stosunkowo drobne występki. Jej zaletą jest to, że sprawca nie trafia do zakładu, gdzie mógłby ulec dalszej demoralizacji, natomiast wynikający z niej obowiązek pracy lub potrącanie części wynagrodzenia za pracę stanowi dla niego realną dolegliwość.
Te właśnie zalety przesądziły o tym, że polski ustawodawca zdecydował się nie tylko na szerokie wprowadzenie jej do kodeksu karnego w 1997 r., lecz także dopuścił orzekanie jej wtedy, kiedy czyn zabroniony zagrożony jest tylko karą pozbawienia wolności (do lat 5 - art. 58 §3 kk).
W polskim prawie karnym, kara ograniczenia wolności trwa najkrócej miesiąc, najdłużej 12 miesięcy, wymierza się ją w miesiącach. W wypadku nadzwyczajnego obostrzenia kary lub wymierzenia kary łącznej jej wymiar nie może przekroczyć 18 miesięcy. W czasie odbywania kary ograniczenia wolności skazany nie może bez zgody sądu zmieniać miejsca stałego pobytu.
Skazany jest zobowiązany do wykonywania pracy wskazanej przez sąd. Jest ona nieodpłatna, kontrolowana i wykonywana na cele społeczne. Wykonuje się ją w odpowiednim zakładzie pracy, placówce służby zdrowia, opieki społecznej, w instytucji lub organizacji charytatywnej lub na rzecz społeczności lokalnej, co ustala sąd po uprzednim wysłuchaniu skazanego. Wymiar tej pracy to od 20 do 40 godzin miesięcznie.
W przypadku skazanego zatrudnionego można w miejsce obowiązku pracy orzec potrącanie od 10 do 25% wynagrodzenia miesięcznego na rzecz Skarbu Państwa lub na inny wskazany przez sąd cel społeczny. Taki skazany nie może w okresie trwania kary bez zgody sądu rozwiązać stosunku pracy (art. 35 §2 kk).
Wykonanie kary ograniczenia wolności można warunkowo zawiesić na okres od 1 do 3 lat. |