Sześć lat temu we wsi Wale (gm. Czerniewice) powstał prywatny Dom Samotnej Matki. Jego obecna oficjalna nazwa to Dom Samopomocy dla osób bezdomnych i starszych. Przy czym określenie ?oficjalna? nie jest tu do końca właściwe. Działalność wyrejestrowano z końcem stycznia br. Oznacza to, iż schronisko nie ma uregulowanego statusu prawnego.
 W tym budynku mieści się Dom Samopomocy.
Zorganizowanie przez Ryszarda Gajewskiego w 2003 r. schroniska na terenie prywatnej posesji w Walach początkowo nie ucieszyło jego sąsiadów. Ludzie traktowali pomysł niezbyt przychylnie. Po roku animozje ucichły. Przytulisko powoli wrastało w miejscowe społeczeństwo. Dziś trudno znaleźć we wsi osobę, która skarżyłaby się na takie sąsiedztwo. Nasi rozmówcy twierdzili zgodnie: nic się nie dzieje, nie słychać kłótni, nie są uciążliwi.
- Początkowo wieś się nie chciała zgodzić, bo nie wiadomo było kto się tu sprowadzi. Ludzie się po prostu bali. Ale nie dokuczali nam, to się nastroje uspokoiły. Nie byli i nie są uciążliwymi sąsiadami. Początkowo siła ich była, niby mieli nam pomagać w różnych pracach, ale nikt się za bardzo nie garnął do roboty. Kiedyś, jak inne kobiety były, to się trochę kumplowały z niektórymi sąsiadkami. Coś trochę pomogły w obejściu, to jakieś jajka dostały - mówi jedna z sąsiadek. - Kiedyś było inaczej. Chyba drugi rok, jak nie ma tu państwa Gajewskich - jak wyjechali, ucięło się wszystko. Nikt nie wie, jak tam jest. Tu nikogo nie chcą wpuszczać, nawet policji nie chcieli. Jedna pani przyjechała z czwórką dzieci, co miała tu mieszkać, nie wpuścili jej.
Izolowanie się podopiecznych schroniska od mieszkańców wsi potwierdzają też inni sąsiedzi. - Z początku trochę pomagali, ludzie im też. Teraz nikogo nie chcą - śmieje się nasza rozmówczyni. - Rówieśniczka wnuczka przychodzi do nas, mówi, że wszystko jest O.K. Tam chyba czwórka dzieci jest. Na początku dużo było. Dzieci latają sobie po podwórku, po drodze nie. Kontaktu z mieszkańcami przytuliska nie ma aktualnie także sąsiad, który niegdyś sporo mu pomagał. - Co można o tym miejscu powiedzieć? Nie ma co szukać sensacji, ja myślę. Prywatnie mieszkają, jak się kto nie ma gdzie podziać, w parę osób. Wiadomo, że jakieś pieniądze płacą. Półtora roku temu ostatnio u nich byłem. Pomagałem, jak było trzeba.
Wszyscy sąsiedzi zastrzegli sobie anonimowość. Jedynie sołtys Walów, z racji pełnionej funkcji, rozmawiał z nami oficjalnie. - Państwa Gajewskich nie ma na miejscu od dość dawna, nie ma z nimi kontaktu. Jego mama (Ryszarda Gajewskiego - dop. red.) tym dowodzi. Była tu dwa dni temu. Obserwujemy, że ludzi jest coraz mniej. Placówka jest na wymarciu. Pozwolenie podobno było do stycznia - mówi Grzegorz Pietrzak. - Spokój jest, dzieci są czyste, nie chodzą głodne. Na początku roku w szkole zarzucono, że tak jest. Zgłosiliśmy, sprawdzono i okazało się, że to nieprawda - uspokaja. - Ale to jednak wolna amerykanka. Po mojemu, jak pan Ryszard to prowadzi, to powinien tu być.
W pierwszym roku funkcjonowania w placówce znalazło schronienie ponad dwadzieścia pensjonariuszek z dziećmi oraz kilku bezdomnych mężczyzn. Wśród podopiecznych przeważały matki z dziećmi, które musiały uciekać z domów przed krewkimi partnerami. Chętnych przybywało z nastaniem zimy. Maksymalnie Dom Samotnej Matki mógł pomieścić trzydzieści osób. Latem 2004 r. został objęty opieką Pabianickiego Centrum Pomocy (wówczas miał koncesję i niezbędne do funkcjonowania dokumenty). Pensjonariusze zmodernizowali wnętrze budynku. Powiększyli werandę, stawiając w niej kominek. Przebudowali poddasze, tworząc sześć oddzielnych pokoi. Założyli wodociąg, kanalizację, dokonali remontu instalacji energetycznej. Wszyscy mieszkańcy korzystali z dwóch wspólnych łazienek i sanitariatów. Nie wszystkim odpowiadały panujące tam warunki. Katarzyna Nowak (dane zmienione) przebywała w placówce w Walach około czterech i pół roku temu.
Jak to określa, wytrzymała tam trzy tygodnie.
- Pobyt tam wspominam niezbyt miło. Był przełom listopada i grudnia. Trwał remont pomieszczeń na górze. Nie było zbyt wiele miejsca - miałam dla siebie półkotapczan, na którym spałam z dzieckiem i łóżeczko dla drugiego dziecka. Były nas trzy kobiety, w tym dwie ciężarne i robiłyśmy wszystko dla ponad 20 osób. Naszym zadaniem było szykowanie posiłków (dorośli dostawali trzy, dzieci cztery) i sprzątanie po nich, poza tym sprzątanie u siebie i u mężczyzn. Ci byli zajęci remontem i pracami na terenie. Byłam w szóstym miesiącu ciąży, a musiałam skakać po stołach i krzesłach, żeby np. upiąć firanki. Kiedy zwróciłam uwagę na swój stan usłyszałam, że ?ciąża to nie choroba...? Oddawało się większość dochodów - jak tu mówić o nauce samodzielności? Nie pamiętam, żeby dzieci dostały odzież, a przecież z domu wyjeżdżałam w pośpiechu, zabierając mało co. Dzieci miały daleko do szkoły, często się spóźniały. Tam w ogóle nie za bardzo był dojazd, a o wyjazd do Tomaszowa trzeba się było prosić - wymienia swoje zastrzeżenia nasza rozmówczyni. - Przyznaję, jak wyjeżdżałam, to było miło, sympatycznie, z drobnymi upominkami. Nie jestem zadowolona z tamtego pobytu. Wale to nie jedyny ?ośrodek?, w jakim byłam, mam porównanie. I powiem tak: wolałam uciec do tego co było, niż zostać tam.
Pani Katarzyna jest jedynym z byłych pensjonariuszy, do którego udało nam się dotrzeć. Musimy jednak dla porządku przyznać, że są wśród nich z pewnością osoby zadowolone z jego świadczeń. Przez pięć lat działania Ryszard Gajewski załatwił kilkorgu osobom stałe zatrudnienie poza ośrodkiem. Kiedy okrzepli, opuścili schronisko. Wiele osób wyciągnął z zagrożenia. Pod dachem schroniska w Walach poznało się kilka par. Odrzucili zgubne nałogi i specyficzny styl życia. Znaleźli pracę, założyli własne rodziny, mają swoje mieszkania, a nawet dochowali się wspólnych dzieci. Przez schronisko przewinęło się około 120 kobiet i mężczyzn w wieku od 25 do 75 lat. Niektórzy przebywali w nim kilkanaście dni, inni kilka miesięcy. Sporo osób musiało opuścić przytulisko za nadużywanie alkoholu. Inni za niewłaściwe zachowanie i notoryczne łamanie regulaminu. Wśród nich były również kobiety. Niektóre porzuciły w ośrodku swoje dzieci. Kierownik Gajewski pomógł maluchom znaleźć rodziny zastępcze.
Mieszkańcy ośrodka parę razy organizowali bezpłatny wakacyjny wypoczynek dla ubogich dzieci. Młodzież obozowała pod namiotami w sadzie, na zapleczu schroniska. Ubodzy, widząc potrzeby osób o podobnym statusie, otworzyli w kwietniu 2005 roku Charytatywny Punkt Pomocy Doraźnej. Mieścił się w Tomaszowie przy ul. Mościckiego. Rozdzielali otrzymywane bezpłatnie pieczywo, artykuły spożywcze i odzież, doradzali jak pokonywać uzależnienia. Współpracowali z Fundacją ?Ostoja? w Opocznie, skąd dostawali żywność do podziału wśród ubogich mieszkańców Tomaszowa i okolic. Był czas, że z pomocy wolontariuszy związanych z ośrodkiem w Walach korzystało co miesiąc ponad 2 tysiące ludzi!
Według naszych ustaleń, obecnie w Domu Samopomocy przebywa dziesięć osób - trzy kobiety, trzech mężczyzn i czwórka dzieci. - Ola, która pójdzie we wrześniu do piątej klasy, Patryk - do drugiej i jego siostra Kamila - do pierwszej i jeszcze jedno, młodsze dziecko. Jeśli chodzi o tę trójkę, to zdarzają się różne sytuacje. Nie wiem jednak, czy wynikają one akurat z faktu, że mieszkają właśnie w tamtym miejscu. Trzeba pamiętać, że wraz ze swoimi mamami znalazły się tam z określonych powodów, są po trudnych przejściach - zauważa Danuta Kostrzewa, katechetka ze Szkoły Podstawowej w Krzemienicy. - Nie są zaniedbane. Są natomiast zupełnie niedopilnowane, jeśli chodzi o naukę. Widać to zwłaszcza po Oli. Jest zdolna, mogłaby bardzo dużo, gdyby ją ktoś przypilnował w domu. Bardzo zdolny jest też Patryk. Ma umysł humanisty, znakomitą pamięć, pięknie czyta i pisze. Rozwiązuje z mamą krzyżówki, dzięki czemu świetnie zna, np. stolice państw, nazwy rzek. Ma natomiast problemy z matematyką. Może jak będzie starszy, załapie, że trzeba się uczyć nie tylko tego, co mu łatwo przychodzi. Ale nie sądzę, żeby w domu ktoś mógł mu pomóc.
Nauczycielka wspomina też o doraźnej pomocy, jaką dzieci otrzymują ze szkoły. Dostają tu np. posiłek - mleko z bułką (w szkole nie ma obiadów). - Zawsze mają chęć na jedzenie. Jak zostają jakieś bułeczki, przewijają się przy nich i chcą jeszcze. Ale nie wiem, czy to objaw problemów z jedzeniem tam w domu. Może to po prostu wynika z ich dotychczasowych doświadczeń. Ponadto, z koleżankami co jakiś czas przynosimy im w miarę możliwości ciuszki czy buty. Część przyborów szkolnych kupują im w domu, część dostają ze szkoły. Część kupują im panie czy dyrektor na początku roku i potem systematycznie w jego trakcie.
Mieszkańcy schroniska nie są także pozbawieni świadczeń z opieki społecznej. - Dożywianie dzieci, zasiłki celowe i okresowe - wypełniamy zadania, jakie nakłada na nas ustawodawca. Skoro przychodzą po pomoc, nie możemy im odmówić. Są tam matki z dziećmi, osoby starsze - gdybym nie udzielił im pomocy, jak by to wyglądało? Nie jest dobrze, że tak się dzieje (chodzi o nieuregulowany status prawny placówki - dop. red.), ale skoro już - robimy co do nas należy - zauważa kierownik Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Czerniewicach Grzegorz Pacocha. - Panujące tam warunki wystrzałowe nie są. Ale na terenie gminy widziałem w niejednym prywatnym domu gorsze. To miejsce nie spełnia żadnych wymogów - tu potrzebna byłaby zgoda wojewody, tylko on ma kompetencje w tym zakresie. By prowadzić dom opieki, trzeba spełnić szereg bardzo trudnych warunków. Nie mam zamiaru ani bronić pana Gajewskiego, ani go oczerniać. Nie mam do tego prawa. Od końca stycznia nie ma pozwolenia. Na jakich zasadach działa dalej stworzone przez niego miejsce to jego prywatna sprawa. Takie oświadczenie usłyszałem od jego mamy: to jest prywatny dom.
Jak mówią pracownicy GOPS, zgodnie ze składanymi oświadczeniami żaden z mieszkańców domu w Walach nie przebywa tam z przymusu, ale z własnej woli. Jeśli jego funkcjonowaniu można coś zarzucić, to brak świadczonej na miejscu opieki pielęgniarskiej nad osobami starszymi. Wszystkim podopiecznym zapewniona jest natomiast systematyczna kontrola lekarska. - Podstawowa opieka zdrowotna nad zadeklarowanymi pacjentami realizowana jest w pełnym zakresie. Ich stan monitorowany jest na bieżąco - zapewnia doktor Tadeusz Kotyński, dyrektor NZOZ w Czerniewicach. - Zajmuję się dorosłymi, dziećmi - mówi pediatra Alicja Rudyk. - Szefostwo bardzo dobrze współpracuje z nami w tym zakresie, przywozi podopiecznych, pilnuje przedłużania recept na przyjmowane stale leki. W razie potrzeby dojeżdżam na miejsce.
Kierownik ośrodka Ryszard Gajewski zawsze podkreślał dobrą współpracę z Andrzejem Więckowskim, dyrektorem Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie i pracownikami tomaszowskiego MOPS. Pensjonariusze chwalili również wspomnianego doktora Kotyńskiego, który przyjeżdżał na każde wezwanie do chorego pensjonariusza. Ośrodek odwiedzali również przedstawiciele lokalnego samorządu. Parokrotnie był tu wójt Edward Pietrzyk, który osobiście przywoził upominki świąteczne dla dzieci i mieszkańców schroniska. - Staraliśmy się pomóc na tyle, na ile było to możliwe. Przekazywaliśmy, np. drewno na opał, dostępnych świadczeń udzielał GOPS - podsumowuje wójt. - Uważam, że należałoby podejść do tego tematu spokojnie. Ci ludzie znaleźli się tam z jakiegoś powodu, zmusiła ich do tego sytuacja życiowa. Lepiej, by byli tam, niż mieli trafić pod most. Niektórzy mówią, że tam są fatalne warunki. Znam ludzi, co mają gorsze, znacznie gorsze - podkreśla Pietrzyk.
To właśnie oferowane przez dom samopomocy warunki są przyczyną powstałego wokół niego zainteresowania mediów. Na łamach ?Gazety Wyborczej? nazwano je spartańskimi, w materiale TVN24 - fatalnymi. Nieco inne zdanie, oprócz cytowanych już osób, ma m.in. zastępca komendanta Komisariatu Policji w Czerniewicach. - W mojej ocenie nie jest tam źle, warunki nie są złe. Mieszkańcy wypowiadali się, że są zadowoleni. Mówili, że w Tomaszowie mieszkali w takich warunkach, że tu jest rewelacja - mówi kom. Rafał Goszczyński.
W sprawie domu samopomocy w Walach postępowanie administracyjne prowadzi tomaszowska Prokuratura Rejonowa. - Gromadzimy dokumentację, m.in. wystąpiliśmy do Urzędu Wojewódzkiego w Łodzi z zapytaniem, czy funkcjonuje on legalnie. Wyjaśniana jest kwestia, czy pan Gajewski mógł prowadzić tego typu działalność, a jeśli tak, czy robił to w sposób właściwy. Jak wiadomo, to są bardzo specyficzne usługi - mówi zastępczyni prokuratora rejonowego Elżbieta Spiżewska-Cyniak.
Co ciekawe, Dom Samopomocy dla osób bezdomnych i starszych wciąż znaleźć można w wykazie placówek pomocowych publikowanym przez Łódzki Urząd Wojewódzki na jego stronie internetowej. Zgodnie z nią schronisko działa całodobowo i przez cały rok, oferując 30 miejsc i wyżywienie.
Kontrolę w placówce próbował przeprowadzić tydzień temu sanepid. Jego przedstawiciele nie zostali jednak wpuszczeni na teren domu. - Przed chwilą rozmawiałam z panią Gajewską (matką Ryszarda, we wtorek rano - dop. red.) - Jesteśmy umówieni na czwartek, 9 lipca. Będziemy sprawdzać to miejsce pod kątem warunków sanitarnych - informuje dyrektorka Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej Anna Ulrych. - Do tej pory schronisko nie było pod naszym nadzorem. Nawet nie wiedziałam, że taka placówka działa.
O działalności schroniska w Walach pisaliśmy na naszych łamach kilkukrotnie. Tym razem nie zostaliśmy jednak wpuszczeni na jego teren, co usprawiedliwiono nieobecnością kierownika. Nie udało nam się z nim również skontaktować. Państwo Gajewscy przebywają bowiem od dłuższego czasu za granicą. Jednak we wtorek, 7 lipca odebraliśmy telefon od mamy pana Ryszarda. Jak stwierdziła, rozmawiała z synem i ten chętnie spotka się z nami po powrocie do kraju. Ma tu być pod koniec tygodnia. Z pewnością skorzystamy.
Małgorzata Snopek
Józef Michalik |