
Z Wacławą Bąk, wiceprzewodniczącą Rady Miejskiej rozmawia Agnieszka Łuczak.
- Zacznijmy od początku. Czemu zdecydowała się pani zostać radną?
- Moja samorządowa przygoda zaczęła się kilkanaście lat temu, kandydowałam wówczas bez powodzenia z Komitetu Wyborczego Wyborców „Tutaj żyjemy”. Liczba głosów, jaką uzyskałam, była wysoka. To mnie zmobilizowało do baczniejszego obserwowania życia w mieście. Trzy lata temu zdecydowałam się kandydować ponownie, choć nie bez obaw. Głównym motywem było przeświadczenie, że jako radna będę miała większe możliwości oddziaływania na różne sfery miejskiego życia, a nie tylko na wąski wycinek, jakim jest szkoła i jej problemy. Z perspektywy trzech lat uważam, że to nie był zły pomysł.
- To znaczy, że jest pani zadowolona z tego, co robi w Radzie Miejskiej?
- Być radnym to w pierwszej kolejności rozpoznanie funkcjonowania tego organizmu. Świadomość praw i obowiązków, jakie ta funkcja niesie. Początki są trudne, gdy trzeba nauczyć się rozumieć dokumenty, które do nas docierają. Pracuję w komisjach oświaty i spraw społecznych oraz doraźnej, statutowej. Dwie pierwsze to był dla mnie naturalny wybór ze względu na wiedzę i to czym się zajmuję zawodowo. Dziś pewnie dokonałabym innego wyboru. Sądzę, że np. w Komisji Budżetowej miałabym większy wpływ na pewne ostateczne decyzje. Podsumowując. Pierwotne wyobrażenie o możliwościach radnego, a rzeczywiste wpływy, to dwa bieguny.
- Jest pani wiceprzewodniczącą, pracuje w trzech komisjach. Widać panią na różnych oficjalnych uroczystościach, imprezach. Zapytam konkretnie. Co pani w ciągu tych trzech lat zrobiła jako radna?
- Nie wiem, czy można osobowo i imiennie oceniać moją, naszą, pracę. Specyfika Rady Miejskiej polega na tym, że jesteśmy ciałem opiniującym, uchwałodawczym, możemy wnosić uwagi, zastrzeżenia, ale ostateczne decyzje podejmuje prezydent miasta. Można to prześledzić na przykładzie konstrukcji miejskiego budżetu.
- Kompetencje Rady Miejskiej są oczywiste dla kogoś, kto się tym w ogóle interesuje, ale chciałoby się, by w piątej kadencji radni wykazywali się większą aktywnością, wyrażali publicznie swoje opinie, wątpliwości, zabierali głos w ważnych dla mieszkańców miasta sprawach. Żeby po ich stronie pojawiały się też inicjatywy uchwałodawcze. Chciałabym, jako mieszkanka Tomaszowa, widzieć twórczy ferment w tym ciele, a nie tylko incydentalne elementy autokreacji, za którymi nie ma zabiegów o rzeczywiste działania.
- Sama sesja jest kwintesencją pracy na posiedzeniach komisji problemowych i pod takim kątem należy patrzeć na Radę Miejską. Posiedzenia komisji to często wielogodzinne dyskusje i debaty…
- Ale mnie nie interesuje ilość przegadanego przez państwa czasu. Interesują mnie wasze pomysły na poprawę funkcjonowania życia miejskiego na różnych jego płaszczyznach.
- Dzięki pracy w komisjach poznałam np. wszystkie placówki oświatowe i kulturalne w mieście. Z tego zrodził się konkretny plan działania. Nie jest moją winą ani też zasługą, że realizacja celów rozmija się z naszymi oczekiwaniami. Np. po rozpoznaniu przez Komisję Oświaty uznajemy, że priorytetem dla mieszkańców jest wyremontowanie i oddanie do użytku sali kina „Włókniarz”. Tymczasem kadencja zbliża się do końca, a nie zrobiono w tej konkretnej sprawie nic. Są wciąż tylko przymiarki i plany. Za sukces nie własny, ale RM uznaję np. fakt, że nie doszło do likwidacji Przedszkola nr 11.
- Skoro poruszyła pani temat przedszkoli. Trzy tygodnie temu napisałam artykuł problemowy na temat ich funkcjonowania. Pani zna je wszystkie. Czy jest pani zadowolona z ich funkcjonowania?
- To nie jest moja kompetencja, żeby dokonywać oceny pracy przedszkoli.
- A ja wyraziłam na łamach TIT swoje wątpliwości i opinie. I oczekuję też od radnych, by to publicznie czynili. Zwłaszcza gdy w mieście dzieje się coś, z czym się nie zgadzają, do czego mają zastrzeżenia i wątpliwości.
- Moim zdaniem tomaszowskie przedszkola są naszą chlubą. Jednak w artykule formułuje pani zarzut, nie wiadomo do kogo kierowany, że w Tomaszowie nie powstają prywatne przedszkola. A w tej kwestii inicjatywa należy do prywatnych osób, stowarzyszeń, a nie do władz miasta, radnych.
- No to zbliżamy się do sedna sprawy. Obie wiemy, że w innych miastach prywatne przedszkola powstają. To jest kierunek pożądany zarówno dla władz samorządowych, jak i ogółu mieszkańców. Sądzę, że w Komisji Oświaty mogłaby odbyć się np. debata na temat, jakie mechanizmy powinny zafunkcjonować w mieście, by i u nas tak się działo. Jestem przekonana, że takich pytań państwo radni sobie nie zadajecie.
- A ja panią zapewniam, że zadajemy. Trzeba jednak pamiętać, że radni nie powinni lobbować na rzecz takiej czy innej prywatnej placówki oświatowej. Takie działania może ktoś uznałby za chwalebne, ale ktoś inny sformułowałby zarzuty dotyczące korupcyjnych zachowań. Osobiście marzy mi się, by znalazła się grupa 2-3 bezrobotnych nauczycielek, które zaryzykowałyby i poprowadziły prywatne przedszkole. Ale przecież nie da się nikogo do takich działań zmusić.
- Zmusić, w żadnym razie nie, ale należy podejmować trud wypracowywania mechanizmów zachęcających. Rozmawiamy o jednym wąziutkim zagadnieniu, jakim jest stan przedszkoli. Takich zagadnień są dziesiątki. Powtarzam jeszcze raz, nie widzę twórczej pracy radnych. Wszelkie inicjatywy płyną od prezydenta i jego służb. Radni się nad nimi bardziej lub mniej pochylają, ale sami nie wnoszą nic w tej materii.
- Nie zgadzam się z pani opinią. Być może RM jest zbyt mało innowacyjna, twórcza i tylko o to można mieć pretensje. Zgadzam się z jednym: zawsze może być lepiej.
- No to sprawa przez panią wywołana. „Włókniarz” to nie jest porażka tej kadencji. Ta porażka trwa czwartą kadencję. Tymczasem rok temu SCh Tomy uruchomiło w byłej siedzibie kina „Mazowsze” salę widowiskową, która znakomicie funkcjonuje. Wypełnia się ludźmi, współpracuje z miejskimi placówkami kultury. Jakie z tego płyną wnioski, chociażby dla Komisji Kultury?
- Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, bo nie byłam na żadnym wydarzeniu w tym miejscu. Za to jako radna ubolewam nad faktem, że prawie 70-tysięczne miasto nie ma własnej, z prawdziwego zdarzenia, sali, tylko musi korzystać z uprzejmości Tomy. Nie chcę, by ciężar miejskich imprez przenosił się do tego miejsca.
- Jestem zdumiona, że przez rok, będąc m.in. radną „od kultury”, nie była pani ani razu w placówce Tomy, choćby po to, by zobaczyć, co tam się dzieje, jak są realizowane różne przedsięwzięcia.
- Nie korzystam z każdej formy zaproszenia, jaka do mnie trafia. Wyboru dokonuję na miarę moich możliwości. To, że nie byłam nigdy w Tomy, to z mojej strony rodzaj buntu i mobilizacji, by wymóc wreszcie na władzach, by taki obiekt, sala widowiskowa, powstał. Miasto powinno mieć własne miejsca i to jest wstyd dla władzy i RM, że wciąż się z tym problemem borykamy.
- Kolejny temat to sprawa galerii Mazovia. Zapytam wprost. Czy pani jest przeciwko budowie galerii nad Wolbórką?
- Takie ujęcie tematu jest jego spłyceniem. Gdy po raz pierwszy pojawiła się koncepcja i przedstawiono nam wizualizacje galerii - byłam oczarowana. Jestem za tym, by teren nad Wolbórką, jak najszybciej się zmienił, ożył. Jednak w ciągu wielu miesięcy pojawiły się okoliczności, które poddały w wątpliwość to, co deklarowano na początku. Przed sesją, na której zapaść miała decyzja odnośnie terenów nad Wolbórką, radni klubu PiS zadali trzy pytania. Czy mamy gwarancję, że budowa galerii nie ograniczy się tylko do funkcji handlowej? Czy od strony formalnoprawnej nie ma żadnych nieprawidłowości w przygotowywanym projekcie? Po trzecie, czy z formalnego punktu widzenia uchwała nie zostanie zakwestionowana? Trzykrotnie usłyszeliśmy - nie. Mój klub w tej sytuacji zagłosował przeciw. I to tyle. Natomiast uważam, że obarczanie dzisiaj mnie personalnie i radnych, którzy głosowali podobnie jak ja, winą za to, że galerii wciąż nie ma, byłoby poważnym nadużyciem.
- Nie sformułowałam takiego zarzutu. Natomiast chcę wiedzieć, czy panią nie porusza fakt, że w środku miasta mamy poprzemysłowe śmietnisko i coś z tym należy zrobić? Ani władze miejskie, ani powiatowe się tym nie interesują. Może radni, pani?
- Jestem tym widokiem nad Wolbórką i stanem, jaki się tam utrzymuje, przerażona. Jest to jedno z wielu pytań, jakie zadawałam podczas posiedzenia komisji służbom prezydenta: co się dzieje, kiedy zostanie teren uporządkowany, co z mieszkańcami wyprowadzonymi z budynków itd. Pani na ten temat pisze, radni pytają. Nie widzimy efektów.
- Chciałabym, by w takich sytuacjach radny rąbnął w stół i przynajmniej dał wyraz temu, że nie zgadza się z takim stylem zarządzania.
- Radni reprezentują różne grupy społeczne i różną wiedzę. Nie znamy się na wszystkim. Nasze wątpliwości powinni rozwiewać urzędnicy, fachowcy. Tymczasem często zdarza się, że na spotkanie w sprawie drogi przychodzi ktoś „od wody”, kto już nie ma wiedzy i kompetencji w sprawie „asfaltu”. Nagle okazuje się, że obowiązuje bardzo wąska specjalizacja, a proces decyzyjny jest kompletnie rozmyty. Kiedyś wydawało mi się, że radny to ktoś, kto może coś zdziałać. Dziś widzę, że bez względu na to, jakie radny ma pomysły, jakim cieszy się autorytetem i jakie ma kompetencje, nie jest w stanie przeforsować nawet najlepszego projektu, jeśli nie mieści się on w określonych kanonach i nie jest...
- …poprawny politycznie.
- Dziękuję za pomoc. Myślę, że sytuacja uległaby uzdrowieniu, gdyby RM była bezpartyjna.
- No to może tak. W RM jest sześć kobiet z różnych opcji politycznych. Życzyłabym sobie i innym, by te panie wzniosły się ponad partyjne podziały i przynajmniej próbowały załatwiać sprawy, problemy społeczne w mieście, dużo bliższe kobietom niż mężczyznom. Nie można?
- Można. To wszystko się dzieje, ale to się zatrzymuje na etapie wspominanych wcześniej komisji. Różnice polityczne i światopoglądowe nie przekładają się na agresję i animozje. Bywa jednak tak, że gdy rozmawiamy w gronie wspomnianych pań, to myślimy podobnie, jesteśmy zgodne, wypracowujemy wnioski, a w czasie sesji głosujemy wg partyjnej dyscypliny.
- Wciąż mam wątpliwości co do skali problemów, jakimi się zajmujecie. Tomaszów nie ma składowiska odpadów komunalnych, nie ma monitoringu przydomowych szamb, sąsiedzi pani i innych radnych palą w domowych piecach czym się da. Nikt nie potrafi zająć się kluczowymi dla funkcjonowania i zdrowia mieszkańców problemami, a tymczasem podczas posiedzenia komisji rozważa się do upojenia sprawę, ile kwiatów powinno być zasadzonych na klombie przed Urzędem Miasta.
- Nie zgadzam się z panią. Upieram się przy tym, że wspomniane kwiaty są też ważne. Gdy ktoś przyjeżdża po raz pierwszy do Tomaszowa, to wizerunek miasta, jaki tworzymy wspólnie, jest równie istotny. Nierozwiązane problemy szamb, smrodu, odpadów są po wielekroć podnoszone i dociekliwie rozpatrywane. Wracam do początku naszej rozmowy. Przewidywania co do tego czym jest funkcja radnego, a jego rzeczywiste możliwości, bardzo często całkiem się rozmijają.
- Dziękuję za rozmowę. |