tomaszowski informator tygodniowy
Ogłoszenia
Wyróżnione
KUPIĘ każde auto uszkodzone, rozbite lub do ...
czytaj dalej »

NAPRAWA AGD - lodówki, zamrażarki, pralki ...
czytaj dalej »

BECZKĘ na stół wiejski na alkohol wypożyczę, tel. ...
czytaj dalej »
Baza firm
 
Zdarzenia

 Podwójne zabójstwo sprzed lat

 
W poniedziałek, 14 września minęło 10 lat od makabrycznego morderstwa, do jakiego doszło w Sangrodzu w gminie Ujazd. 21-letni syn zabił ojca i matkę. Po latach policjanci wspominają sprawę jako bardzo trudną, również dlatego, że nie mieli wystarczających dowodów, by udowodnić podejrzanemu winę.

Był wieczór, kiedy jedna z gospodyń wracała z pastwiska z krowami. Na polu, około 800 metrów od gajówki, która znajdowała się w lasku na uboczu Sangrodza, zauważyła coś niepokojącego. Podeszła. Pod gałązkami brzozy leżała martwa znajoma. Przerażona kobieta pobiegła do domu, by wezwać policję. Natychmiast na miejscu zjawiła się grupa złożona z funkcjonariuszy wydziału kryminalnego i dochodzeniowo-śledczego. Ze względu na późną porę miejsce zabezpieczono, a resztę oględzin dokonano z samego rana. Technik pobrał i zabezpieczył liczne ślady. Okazało się, że pod gałązkami leży ciało starszej kobiety, która mieszkała w nieodległej gajówce. Policjanci nie mieli wątpliwości, że mają do czynienia z zabójstwem. Wskazywały na to ślady ran kłutych na ciele kobiety. W pobliżu odnaleziono nóż i kilka innych porozrzucanych rzeczy.
- Zakładaliśmy wiele wersji, ale głównym podejrzanym stał się mąż denatki - mówi nadkom. Dariusz Błażejewski, obecny naczelnik Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego, który prowadził tę sprawę. - Mężczyzna jednak zniknął.
Teraz najważniejsze było jego zatrzymanie. Policjanci przesłuchali najbliższą rodzinę, dotarli również do tej dalszej, zamieszkałej poza naszym regionem. Ci zapytani, czy widzieli członka rodziny, zaprzeczali. Na łamach naszej gazety pojawił się komunikat "Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie." Pozostał bez odzewu. Gdy już wydawało się, że sprawa stanie w martwym punkcie, a wiele innych wersji nie potwierdzało się, nadszedł przełom.
3 listopada, we wtorek około godz. 15 grzybiarz wszedł do leśnego dołu. Przeraził się. Spod ściółki wystawały drobne kości. Powiadomił policję. To na co natknął się mężczyzna było stopą zaginionego męża zamordowanej kobiety. Wydobyto całe ciało. Małżonkowie leżeli całkiem niedaleko od siebie.
Było już jasne, że mąż nie mógł zabić żony, a później popełnić samobójstwa i zakopać się. Funkcjonariusze skoncentrowali się na młodszym synu. Było bowiem coś w tym człowieku, co nie dawało im spokoju. Byli pewni jego winy, ale nie mieli mocnych dowodów. Do czasu, gdy z laboratorium nadeszły wyniki badań z oględzin miejsca, w którym znaleziono jego matkę. Okazało się, że na świeżo ściętych gałązkach brzózki, którymi przykryto ciało, były ślady zapachowe należące właśnie do niego. Podczas przesłuchania, przyciśnięty argumentami, 21-letni mężczyzna pękł.
Zaczął odkrywać swój przerażający sekret. Jak się miało okazać, nie do końca prawdziwy, a policjantów czekało jeszcze dużo pracy.
Początkowo syn przyznał się do zabójstwa, ale jedynie ojca. Zrobił to z zemsty. Twierdził, że to właśnie ojciec zabił matkę. 21-latek trafił do aresztu.
Podczas przesłuchań mężczyzna opowiadał, że tego tragicznego dnia wcześnie rano przypadkowo znalazł ciało matki w polu. Widział rany śmiertelne. W szoku postanowił przenieść matkę i przykrył ją gałązkami. Wrócił do domu. Zastał ojca, który zachowywał się dziwnie. Powiedział mu, że znalazł matkę. Ojciec mu jednak odpowiedział, żeby się zamknął, bo to nie jego sprawa. Dalej 21-latek zeznał, że był pewien, że czynu dokonał ojciec, tym bardziej, że dzień wcześniej, wieczorem, między rodzicami doszło do kłótni.
Pojechał jeszcze raz w miejsce ukrycia ciała matki, po czym powrócił do mieszkania, gdzie przebywał ojciec. Siedział na wersalce, a po atakach słownych syna, miał rzucić się po nóż kuchenny. Szybciej chwycił go jednak potomek, który zadał nim śmiertelny cios. Ciało ojca z początku wyniósł do szopy. Potem wsiadł na rower i ruszył ponownie tam, gdzie ukrył ciało matki. Po drodze wyrzucił w lasie narzędzie zbrodni.
- Nadal nie mieliśmy mocnych dowodów, by udowodnić podejrzanemu podwójne morderstwo - wspomina D. Błażejewski. - W jego zeznaniach coś mi jednak nie pasowało. Przedstawiane szczegóły nie układały się w logiczną całość. Wypisałem wątpliwości na kartce i zacząłem je sprawdzać.
Jednym z ważniejszych elementów, był sposób wyrzucenia noża. 21-latek zeznał, że odrzucił go, jadąc rowerem, lewą ręką. Sam był praworęczny. - Nóż leżał zbyt daleko - mówi D. Błażejewski. - Zrobiliśmy eksperyment. Kolega wsiadł na rower i spróbował rzucić nożem w ten sam sposób. Nie udawało się. Było to możliwe, jedynie z pozycji stojącej i wykonując ruch z mocnym zamachem. Ślady biologiczne, które zostały zdjęte z rękojeści noża, potwierdziły, że były na niej drobiny krwi ojca, co było tylko kolejnym dowodem, że nie mógł zabić żony. Byliśmy już pewni, że chłopak kłamie. Pojechałem wraz z kolegą z kryminalnego jeszcze raz do podejrzanego, do aresztu, na rozmowę. Po krótkiej wymianie zdań przyznał się do podwójnego zabójstwa. - Opowiadał o sprawie bez emocji, wręcz z satysfakcją - wspomina naczelnik.
Było to 1 grudnia 1999 roku. Podczas rozprawy w Sądzie Okręgowym w Piotrkowie mężczyzna zaczął przedstawiać nieco inny scenariusz zdarzeń. Sąd mimo braku jakichkolwiek świadków, na podstawie logiki wydarzeń i opinii biegłych, przyznał, że oskarżony mówi prawdę. Mężczyzna nie miał już wyjścia, przyznał się do winy, ale odmówił składania wyjaśnień. Nie potwierdził również swojej relacji z postępowania przygotowawczego.
Sąd na podstawie zeznań świadków ustalił, że 21-latek był przez obcych ludzi postrzegany jako spokojny, uczynny i pracowity kawaler. Przez pewien czas pracował w masarni. W tym czasie spotykał się z ukochaną dziewczyną. Wciąż powtarzał, że spędza z nią zbyt mało czasu. Rzucił pracę, by poszukać zajęcia mniej zajmującego. Odmówił również zarobkowego wyjazdu za granicę. Przestał nawet pomagać rodzicom na roli. Z tego powodu często wybuchały w domu kłótnie. 14 września 21-latek umówił się z dziewczyną na godz. 8.00 w Tomaszowie. Gdy wychodził z domu, mama zwróciła mu uwagę, by został, w innym przypadku może już nie wracać. Syn odwrócił się i uderzył kobietę w twarz. Zdarzenie miał zobaczyć ojciec, który spał w drugim budynku. Zawołał do siebie syna. Mężczyźni zaczęli się szarpać. Po chwili syn puścił ojca i wyszedł, jednak zaraz powrócił. Prokurator przed sądem udowodnił, że po to, by zabić. Ojciec padł na podłogę po uderzeniu nożem w klatkę piersiową. W tym czasie przerażona matka zaczęła biec w stronę najbliższych domostw. Syn wsiadł na rower, gonił ją przez kilkaset metrów. W lewej ręce trzymał zakrwawiony nóż. Kilka metrów przed matką zeskoczył z jednośladu, przełożył narzędzie zbrodni do prawej dłoni. Chwycił matkę za ramię i przewrócił. Kobieta, płacząc, chciała zasłonić się rękoma przed uderzeniami noża. Nie zdołała. Otrzymała nie mniej niż dwa ciosy w klatkę piersiową.
Następne relacje zwyrodniałego syna pokrywały się już z wcześniejszymi ustaleniami. Oskarżony ukrył pod gałązkami ciało matki. Ojca zaniósł do stodoły, by następnego dnia około godz. 1.00 wywieźć taczką do leśnego dołu i przysypać piachem.
Psycholodzy ustalili, że zachowanie oskarżonego było w pełni kontrolowane intelektualnie. Był egocentrykiem, dążył do zaspokojenia tylko swoich potrzeb. Po kłótni z matką nie wytrzymał. Zadał cios. Rozjuszony zachowaniem ojca, z którym nie utrzymywał zażyłych stosunków, postanowił go zabić. Matkę, jak zeznał, zabił, by pozbyć się świadka.
Wyrok zapadł 11 lipca 2000 roku. Za zabójstwo rodziców dokonane z bezpośrednim zamiarem pozbawienia życia został skazany na karę dożywotniego więzienia i pozbawienie praw obywatelskich na 10 lat.
Sąd Apelacyjny w Łodzi podtrzymał ten wyrok w części, uchylając orzeczenie o środku karnym pozbawienia praw publicznych.


war   

Artykuł ukazał się w wydaniu nr 37 (1000) z dnia 17 Września 2009r.