Jest szansa, że już niedługo w smardzewickich lasach powstaną unikatowe barcie, identyczne jak te w Spale.
- Jest bardzo dobrze, ale pracy mamy jeszcze wiele - tak przyrodnik Tomasz Dzierżanowski podsumowuje spalską część projektu „Przywracanie bartnictwa w Polsce”.
Jest dobrze, bo przez niespełna trzy lata udało się przywrócić do życia piękną tradycję polskiego bartnictwa. Wszystko zaczęło się pod koniec marca 2007 roku, kiedy za sprawą międzynarodowej organizacji ekologicznej WWF (World Wildlife Fund), Tatiana Baranowska sprowadziła do Spały dwóch bartników z odległej Baszkirii.
Rais Galim i Ahtyam Isanamanow, pacownicy Parku Narodowego Szulgan Tasz pokazali kilku polskim przyrodnikom jak wykonać barcie, w taki sposób jaki robili to nasi przodkowie. Najpierw wyznaczono potężne, ponad stuletnie sosny. Później wykonano w nich na wysokości 10 metrów niewielkie dziuple. Używano do tego tradycyjnych narzędzi, tj. kirana (czyli lina wykonana z łyka lipowego), batmana (pojemnik z drzewa lipowego lub osikowego), drewnianej podstawki pod nogi i ostrych narzędzi przypominających siekiery i motyki, które służyły nie tylko do drążenia dziupli, ale także do gładzenia jej wnętrza.
W sumie wykonano dziesięć barci, ale unikatową wiedzę przy okazji posiadło kilka osób. W tym Tomasz Dzierżanowski, koordynator spalskiego projektu. Po wyjeździe przyjaciół z Baszkirii borykał się wraz z kolegami z wieloma problemami. Najważniejszym był brak odpowiednich pszczół. Staropolski miód wytwarzały tzw. dzikie leśne pszczoły. Niestety wraz z rozwojem bartnictwa sprowadzano wydajniejsze owady. Nasze powoli odchodziły w zapomnienie, aż w końcu bezpowrotnie wymarły. By założyć spalską hodowlę, przyrodnicy zlecili badania genetyczne żyjącej jeszcze pszczoły środkowoeuropejskiej. Te sztuki, które miały największe powiązania z wymarłymi przodkami, zasiedliły nasze barcie.
- Obecnie do zimy przygotowuje się pięć rodzin - mówi Tomasz Dzierżanowski. - Mają odpowiednią ilość zapasów, ale nie tyle, byśmy mogli im coś podebrać. Na tym etapie projektu jeszcze za wcześnie na miodobranie.
Jest już jednak odpowiedni moment na szerszą prezentację i propagowanie tradycyjnego bartnictwa. Wciąż jest, choć mniejsze niż na początku, zainteresowanie innych regionów przyrodniczych do prowadzenia projektu. Wielu bartników już przeszło podstawowe szkolenia lub wzięło udział w spotkaniach.
W Spale pszczele dziuple powoli stają się obowiązkowym punktem turystycznym. Przy jednym z drzew, najbliżej rosnących od strony miejscowości, postawiono tablice informacyjną. Miejsce to odwiedzają nawet całe zorganizowane grupy.
Na tym jednak T. Dzierżanowski nie kończy. Jeszcze nie ma oficjalnej decyzji, ale jak zapewnia jest już wstępne przyzwolenie Nadleśnictwa Smardzewice na wydrożenie tradycyjnych barci na ich terenie.
- Oczywiście wszystkie wykonamy zgonie z przekazaną nam sztuką - mówi. - Najpierw musimy wyznaczyć odpowiednie drzewa. Jak pszczoły przyjmą się na tych terenach obok barci postawimy identyczne tablice jak w Spale. Z pewnością, obok żubrów, będzie to kolejna atrakcja.
Dobrze wie o tym na przykład Andrzej Kobalczyk, dyrektor Skansenu Rzeki Pilicy, dla którego Dzierżanowski wykonał model barci. Cieszy się on dużym zainteresowaniem wśród odwiedzających.
Teraz najważniejsze jest, by pszczele rodziny wciąż się rozrastały. Staną się one ponownie bardzo ważnym elementem ekosystemu. Gdy będzie ich więcej brzęczało w lasach i na polach, mieszkańcy będą mogli liczyć na lepsze owocowanie drzew lub krzewów.
To nie wszystko. Owady w końcu będą na tyle silne, że będzie można powoli podbierać im miód. A ten, nazwany już u nas „z drzewa”, jest wyjątkowy. Aromatem przypomina miód wielokwiatowy, ale jest nieco ostrzejszy. Zawiera więcej mikroelementów i substancji aktywnych niż ten z tradycyjnego ula. Ma jednak jedną wadę. Cenę, która jest siedmiokrotnie wyższa od miodu „zwykłego”. Kilogram kosztuje w Rosji tysiąc rubli. |