 Dzikie wysypiska stanowią zagrożenie nie tylko środowiskowe, ale i pożarowe.
Odpady produkujemy wszyscy. Jedni tylko komunalne, inni również przemysłowe. Wśród nich znajdują się również te niebezpieczne. I dla środowiska, i bezpośrednio dla naszego zdrowia i życia. Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że nie możemy ich wyrzucać w jedno miejsce, a na dodatek tam, gdzie nam się tylko podoba. Gospodarka śmieciami to złożony problem i choć regulują ją specjalne przepisy, zarządzenia i uchwały, to zarówno służby odpowiedzialne za utrzymanie czystości w całym mieście, jak i gospodarze czy zarządcy poszczególnych posesji mają z tym nie lada kłopoty. Przeciętny Kowalski zazwyczaj wymaga tylko tego, żeby w jego otoczeniu było czysto. Nie za bardzo interesuje się już tym, że sam, jako producent odpadów, również ma określone obowiązki, zwłaszcza, gdy dodatkowo prowadzi np. jakąś działalność gospodarczą.
Cenne śmieci
W chwili obecnej na terenie naszego miasta większość śmieci odbiera firma Veolia Usługi dla Środowiska. Można powiedzieć, że jest monopolistą i to ona dyktuje ceny za określoną usługę. W tym roku stawki za odbiór odpadów znacznie wzrosły, co dotkliwie odczuli zwłaszcza klienci indywidualni. - Na początku roku płaciliśmy 75 zł za kwartał, teraz już 98 zł. To duża różnica - mówi pani Elżbieta.
Podpisując umowę z Veolią możemy wybrać czy odbiór odpadów ma się odbywać raz w miesiącu, czy co dwa tygodnie. Za jednorazowy odbiór pojemnika (lub worka) 120-litrowego w Tomaszowie trzeba zapłacić 16 zł brutto. - Na pewno jest to dużo, ale w Piotrkowie np. ten koszt to 17 zł. Nasi odbiorcy dodatkowo dostają nieodpłatnie worki do selektywnej zbiórki odpadów - tłumaczy Jacek Bojdo, prezes Veolii. - Staramy się, aby ceny śmieci nie były wygórowane, ale nie tylko od nas one zależą. Kalkulując opłaty musimy brać pod uwagę opłatę marszałkowską, ceny na wysypisku czy sytuację na rynku surowców wtórnych. Te trzy czynniki ulegają stale zmianom. Opłata marszałkowska wzrosła w tym roku z 75 do 100 zł za tonę odpadów. Opłaty za składowanie odpadów na wysypisku sięgają już nawet 60% ceny wywozu śmieci, a nie wiadomo czy jeszcze nie wzrosną, gdy zostanie zamknięte tomaszowskie wysypisko i będziemy musieli szukać innego składowiska. Do tego wszystkiego doszło załamanie na rynku surowców wtórnych.
Wysokie ceny za wywóz odpadów sprawiają, że niektórzy, szukając oszczędności, rezygnują z dotychczasowych umów z firmą odbierającą odpady i podpisują nowe. Zamawiają mniejsze pojemniki lub worki, a termin odbioru śmieci wydłużają z dwóch tygodni do miesiąca. Trudno jednak uwierzyć w to, że wieloosobowa rodzina nagle zaczęła produkować mniej śmieci. Nadwyżki, które nie mieszczą się w zamówionym worku coraz częściej lądują z posesji prywatnych w osiedlowym śmietniku. Powstaje też coraz więcej dzikich wysypisk, już nie tylko w lasach, ale nawet w pobliżu centrum miasta. Wystarczy się przejść po opuszczonych zakładach pracy (Mazovia, Zakłady Mleczarskie przy Barlickiego, Wistom) czy po ruderach starych domostw, by odkryć niejedno z nich. Coraz częściej takie podrzucane śmieci stają się przyczyną, na szczęście, drobnych pożarów.
Odpady pod strażą
Zarządcy nieruchomości na osiedlach starają się w różny sposób walczyć z procederem podrzucania śmieci. Większość śmietników przy blokach należących do Spółdzielni Mieszkaniowej "Przodownik" została już ogrodzona i zamykana na klucz. Podobnie robią też niektóre wspólnoty. - Nie ma dnia, żeby do naszych śmietników nie były podrzucane odpady pochodzące z prywatnych posesji. W blokach lub w okolicach ludzie prowadzą często działalność gospodarczą i też podrzucają nam swoje śmieci, choć powinni mieć podpisane umowy z jakąś firmą odbierającą odpady - mówi Bolesław Głowa, wiceprezes SM "Przodownik". - Najlepszym rozwiązaniem byłoby założenie monitoringu i coraz poważniej o tym myślimy, bo wtedy osobę podrzucającą śmieci moglibyśmy obciążyć kosztami wywozu. Opłaty za wywóz śmieci są coraz wyższe, a podrzucanie śmieci jeszcze podraża te koszty.
W 2008 roku SM "Przodownik" zapłaciła Veolii 1 mln 409 tys. zł za wywóz odpadów. W tym roku kwota będzie pewnie jeszcze wyższa, bo porównując pierwsze półrocza 2008 i 2009 roku w tym drugim jest ona już większa o blisko 150 tys. zł.
Z podrzucaniem śmieci i dzikimi wysypiskami stara się też walczyć Straż Miejska, która jest odpowiedzialna za przestrzeganie przez obywateli regulaminu utrzymania czystości i porządku na terenie miasta (najnowszy regulamin jest załącznikiem do uchwały Rady Miejskiej z 2006 roku i jest dostępny na stronach internetowych Urzędu Miasta). Jak na razie jednak działania strażników przypominają nieco walkę z wiatrakami, choć wykonują oni zarówno bieżące kontrole, jak i kontrole interwencyjne.
- W ubiegłym roku od dzielnicy Białobrzegi zaczęliśmy akcję systematycznych i sukcesywnych kontroli prywatnych posesji. W tym zaczęliśmy Ludwików i ul. Zawadzką - wyjaśnia Krzysztof Kukliński, zastępca komendanta tomaszowskiej Straży Miejskiej. - Sprawdzamy czy są podpisane aktualne umowy na wywóz nieczystości, czy na posesji są psy groźnych ras, czy posesje posiadają tabliczki z numerami itd. Przy stwierdzeniu nieprawidłowości najpierw udzielamy pouczeń i dopiero, gdy ktoś do nich sienie zastosuje, nakładamy mandat.
Do lipca na Ludwikowie zostało skontrolowanych 37 ulic, czyli około 500 posesji. Strażnicy miejscy udzielili 90 pouczeń, nałożyli 16 mandatów, jeden wniosek skierowano do sądu grodzkiego. Ogółem w pierwszym półroczu 2009 roku Straż Miejska zanotowała 247 interwencji porządkowych, nałożyła 50 mandatów, a pięć wniosków skierowała do sądu grodzkiego. - Kontrole nie są może tak systematyczne, jak byśmy chcieli, bo brakuje nam pracowników - twierdzi K. Kukliński. - Z 23 strażników czterech zabiera nam obsługa monitoringu, dwa patrole rowerowe z sekcji ekologicznej jeżdżą po wysypiskach leśnych i odleglejszych miejscach w mieście. Resztę trzeba podzielić na patrole piesze, które będą pilnować porządku w mieście, no i te, które będą kontrolować posesje, punkty działalności gospodarczej itp.
Mimo okrojonego składu osobowego strażnikom udało się w tym roku ustalić sprawców 11 dzikich wysypisk śmieci w okolicach ulic Bema, Hallera i Zawadzkiej. - Dowodów często szukamy w śmieciach - mówią strażnicy. - Kiedy trafimy na jakiś ślad, to już nie ma litości. Na delikwenta nakładany jest mandat w wysokości od 300 do 500 zł, a sprawca jest zobowiązany do posprzątania śmieci. W tym roku po odpadach udało nam się namierzyć dwie firmy, które, jak się okazało, nie miały podpisanych umów na wywóz śmieci, choć ich właścicieli było na to stać.
Z relacji strażników wynika, że wielu właścicieli firm, punktów usługowych czy gastronomicznych tłumaczy się, że nie wiedzieli, że muszą taką umowę na wywóz śmieci posiadać. Często twierdzą, że zabierają śmieci do domu. Tymczasem obowiązek ten wynika m.in. z przywoływanego już tu regulaminu utrzymania czystości w mieście. - Każdy, nawet najmniejszy punkt handlowy, usługowy czy gastronomiczny powinien mieć podpisaną umowę na odbiór odpadów ze stosowną firmą, a w swoim zakładzie kosz lub kontener na śmieci - wyjaśnia Agnieszka Tarnawska z Wydziału Inżyniera Miasta. - To nie jest tak, że ktoś stoi, np. na targowisku czy pod cmentarzem z małym stoliczkiem i twierdzi, że jego te przepisy nie dotyczą. Każdy z nas produkuje odpady i musi stosować się do regulaminu.
Koszy przybywa,
śmieci nie ubywa
Na ulicach naszego miasta sukcesywnie przybywa koszy na śmieci, w tym również na psie odchody. Tylko w tym roku Wydział Inżyniera Miasta zakupił i rozstawił 190 koszy. Cóż z tego, gdy w wielu miejscach są one już zdewastowane, a z niektórych znikły zupełnie (komu i do czego się przydały, nie wiadomo). Miasto podpisało umowę z Veolią na odbiór odpadów z miejskich koszy dwa razy w tygodniu (w poniedziałki i czwartki). Okazuje się, że nie we wszystkich punktach miasta jest to wystarczająca częstotliwość. Zdarza się, że śmieci z koszy się wysypują już następnego dnia po ich opróżnieniu. - Kiedy docierają do nas takie sygnały, staramy się, aby ustawić gdzieś w pobliżu takiego miejsca kolejny pojemnik - wyjaśnia Agnieszka Tarnawska. - Jednak nie wszystkie kosze należą do nas, bo stoją nie na drogach gminnych, ale na powiatowych lub wojewódzkich. Wtedy nie my odpowiadamy za ich opróżnianie.
Jak się dowiedzieliśmy, kosze stojące przy drogach wojewódzkich opróżniane są pięć razy w tygodniu, bo taką umowę z Veolią zawarł Zarząd Dróg Wojewódzkich. Miasto więc najwidoczniej na sprzątaniu śmieci chce zaoszczędzić. W 2008 roku koszt usuwania śmieci z miejskich koszy wyniósł 21.500 zł. A przecież dostawianie kolejnych koszy nic nie pomoże, jeśli nie będą one wystarczająco często opróżniane, zwłaszcza w centrum miasta. |