E-mailowy apel o pomoc dla malutkiego dziecka. Krótki, ale treściwy: Ola wygrała z ogniem bój o życie, teraz walczy o swoją przyszłość! 14-miesięczna dziewczynka ma spaloną skórę, uszkodzone kości czaszki na skutek wysokiej temperatury, nie ma połowy twarzy. Po pożarze trafiła do krakowskiego szpitala w Prokocimiu i jest pod opieką chirurga specjalisty od oparzeń doc. Jacka Puchały. Czekają ją kolejne operacje i długa rehabilitacja, na którą potrzebne są pieniądze. NIE MAMY NIC - RODZICE SĄ BEZSILNI. Dramatyczną treść uzupełnia zdjęcie oszpeconego raną oparzeniową dziecka. I prośba o przesłanie wiadomości dalej. Rodzice dziewczynki dostaną dzięki temu 3 grosze od każdego e-maila.
Problem w tym, że Ola wygląda tak i ma 14 miesięcy... już od dobrych kilku lat! Dokładnie taki sam e-mail krążył po sieci parę lat temu, a jego powszechne rozsyłanie skończyło się jakiś czas po ogłoszeniu, iż jest to zwykły spam - internetowy śmieć. Operatorzy internetowi wielokrotnie dementowali już prawdziwość tego typu akcji, zaprzeczając, by ktokolwiek otrzymywał pieniądze dzięki rozsyłaniu wiadomości e-mail.
Dementuje i sam szpital. W komunikacie datowanym na - uwaga! - 21 maja 2008 r. dr hab. med. Krzysztof Fyderek, zastępca dyrektora szpitala ds. lecznictwa zaznacza wyraźnie: W związku z rozsyłaną poprzez pocztę elektroniczną informacją na temat pomocy poparzonej Oli uprzejmie informuję, że Uniwersytecki Szpital Dziecięcy w Krakowie nie jest autorem apelu o pomoc dla tej dziewczynki oraz nie potwierdza jego wiarygodności. Dlatego prosimy wszystkie osoby, które otrzymają tego maila o jego dalsze nierozsyłanie.
Zastanawia jedna rzecz. Fałszywi kwestujący zarabiają na swojej nieuczciwej działalności konkretne pieniądze. Tu nie próbuje się nawet naciągać ludzi, podając numer konta. Jaką korzyść ma z wprowadzania w obieg takiego e-maila spamer? Satysfakcję? Obawiamy się, że właściwe słowo na określenie tego pomysłu nie nadaje się, niestety, do publikacji. |