 Kotek "hydraulik" w rękach pracownika schroniska.
W poniedziałek około godziny 15.00 do naszej redakcji dotarła informacja o kocie uwięzionym w rurze przy ulicy Bohaterów Getta Warszawskiego. O sytuacji poinformował nas Janek Sieczkowski, który twierdził, że rozpaczliwe miauczenie zwierzaka słychać od soboty. Postanowiliśmy to sprawdzić. Na miejscu chłopak pokazał nam około 10-metrową rurę PCW o średnicy 10 centymetrów, która odprowadzała deszczówkę z rynny jednego z bloków. Biegła kilkanaście centymetrów pod ziemią, w tym również pod chodnikiem. Woda wypływała z niej bezpośrednio na ulicę. Nie była podłączona także do rynny. Z obu stron można było usłyszeć głośne miauczenie.
- Z początku nie wiedzieliśmy skąd dochodzą dźwięki - tłumaczył Janek. - Ustaliliśmy jednak, że z tej rury. Świeciliśmy w nią latarką i zobaczyliśmy kota. Podsuwaliśmy mu jedzenie, aby wyszedł, laliśmy nawet mleko. Nic nie pomagało - dodaje.
W tym przypadku można było założyć, że czworonóg się zaklinował. Postanowiliśmy wezwać pracowników ze Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt. Niestety po zapoznaniu się z sytuacją szybko stwierdzili, że nie mają sprzętu, za pomocą którego można by było wyciągnąć zwierzaka. Nie było wyjścia. Na miejsce przyjechali strażacy. Wspólnie z mężczyznami ze schroniska ustalili, że kot musi być młody, a co najważniejsze przemieszcza się w rurze. Odpadł więc pomysł wyciągania instalacji z ziemi.
- To byłby najprostszy sposób, jednak zarządca bloku mógłby zarzucić nam, że zniszczyliśmy jego własność, mimo że nie było większego zagrożenia - wyjaśniał dowódca zastępu.
Podczas naszej rozmowy zaczął padać deszcz. Liczni gapie pochowali się pod drzewa, a ratownicy zaczęli główkować, jak wyciągnąć kociaka z wodnej pułapki. Pierwszym, niestety bezskutecznym, pomysłem było tupanie. Później któryś ze strażaków zauważył, że na wozie jest stalowa lina.
- Można by ją wepchnąć do rury i wystraszyć zwierzaka - zaproponował. Lina jednak była za krótka, ponadto wyginała się. Dowódca chciał ściągać z komendy stary szlauch, by zastąpić nim linę. Inny ratownik zauważył jednak, że jeżeli kot się porusza, to znaczy, że nic mu nie jest. Zaproponował, by od strony rynny puścić z wozu niewielki strumień wody. - Albo to wystraszy malucha, albo go wymyje - zgodził się doświadczony pracownik schroniska.
W momencie gdy mężczyźni ustalali jak zastosować prąd wodny, niespodziewanie przy otworze rury przykucnął młody strażak, zaczął miauczeć i nawoływać "kici, kici". Ku zdumieniu wszystkich maluch zaczął odpowiadać i zbliżać się do wyjścia. Po chwili w dziurze pojawiła się malutka, przemoczona główka. Gdy strażak chciał ją złapać, schowała się ponownie. Jednak po kolejnym nawoływaniu na ulicę wyskoczyło maluteńkie kociątko, które szybko schowało się pod auto.Za chwilę było już w rękach ratowników.
Po bliższych oględzinach okazało się, że niewiele brakowało, aby zwierzę zginęło. Choć akcja była niezbyt widowiskowa i niektórym wydawać by się mogła niepoważna, ratownicy nie kryli satysfakcji.
Dzisiaj kotek przebywa w schronisku i jest przeznaczony do adopcji. Jest rodzynkiem, gdyż placówka nie jest przystosowana do przetrzymywania kotów. Liczymy na to, że znajdzie się osoba, która go przygarnie. Pracownikom schroniska wystarczy powiedzieć: "chcemy hydraulika od rury", a od razu będą wiedzieć, o kogo chodzi.
Na nowych właścicieli czekają również psy. Jak zaznaczają pracownicy schroniska, nie ma już miejsca dla żadnego czworonoga. Nie można również liczyć na psi hotel.
- Poważna sytuacja związana jest z wakacyjnymi porzuceniami - wyjaśnia jeden z mężczyzn. - To plaga. Psy są nie tylko wypuszczane po całym mieście, ale również powiecie. Bywają nawet przypadki, że zwierzaki przerzucane są do nas przez płot lub przywiązywane do klamki - dodaje.
***
W zeszłym tygodniu pisaliśmy o innej akcji strażaków, którzy przy ulicy Cekanowskiej próbowali ściągnąć z drzewa małego kota. Jeden z mężczyzn, nie bacząc na swoje bezpieczeństwo, próbował złapać zwierzaka na kruchym konarze. Kocię przeskoczyło jednak na sąsiednie drzewo. Z problemami utrzymało się na gałęzi i gdy wszystkim wydało się, że zejdzie samo na ziemię, spadło z kilku metrów na asfalt. Na pomoc szybko przybyli weterynarze z pobliskiej lecznicy Marcina Sieranta. Niestety mimo wysiłku kotek nie przeżył. Miał zbyt wiele obrażeń wewnętrznych. |