To było wielkie widowisko dla gapiów i wyzwanie dla strażaków. W poniedziałek, 5 października palił się kolejny pusty budynek po dawnym Zakładzie Włókien Chemicznych Wistom. Tym razem był to główny biurowiec zakładu, a obecnie należący do włoskiej firmy Metal Color Polska.
 Po niespełna dwóch godzinach pożar trawił już cały dach.
O godz. 16.04 do straży pożarnej zadzwoniła osoba informująca o dymie wydobywającym się ze strychu starego biurowca przy ulicy Spalskiej. Kilka minut później przed dwukondygnacyjnym, podpiwniczonym budynkiem stanął pierwszy wóz PSP, zaraz po nim dojechał kolejny. W sumie strażacy na pierwszy rzut mieli do wykorzystania 5 tys. litrów wody. Zaczęli rozwijać prądy wodne. W tym momencie zamiast dymu z dachu zaczął wydobywać się z początku nie wielki, ale z każdą sekundą coraz większy jęzor ognia.
- W budynku panowało bardzo duże zadymienie - mówi st. kpt. Dariusz Polański, zastępca dowódcy Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej PSP. - Mogliśmy wprowadzić ludzi, ale była obawa, że strop może się zarwać. Jedynym wyjściem było gaszenie z wozów i wysokości.
Było już jasne, że akcja nie będzie łatwa i trzeba jak najszybciej wezwać posiłki, a przede wszystkim wóz z drabiną. Po dosłownie kilku minutach była już rozwijana, a po jej szczeblach wspinało się dwóch strażaków. W tym czasie akcje już wspomagali ochotnicy z OSP Ludwików i Białobrzegi, którzy zabezpieczali wodę dla pustych samochodów PSP.
Strażacy z drabiny zaczęli podawać prąd wody na zachodnie skrzydło budynku. W pewnym momencie ogień nabrał już niebezpiecznych rozmiarów. Drewniane ściany i konstrukcja dachu, a także wiele warstw papy były idealną dla niego pożywką. Przy tym wydobywał się potężny słup dymu. Widać go było w całym mieście. Mieszkańcom dzielnicy Wilanów nie było do śmiechu. Grupami wychodzili przed domy. Po chwili już nic nie było widać. Całą ulicę, w stronę rzeki Czarnej, spowijał brązowy, gryzący i śmierdzący dym. Widoczność spadła do kilku metrów. Policjanci zablokowali ruch od skrzyżowania Spalskiej i Dworcowej po mostek na Czarnej. Kierowcy długo zwlekali z zawracaniem. Bali się, bo kompletnie nic nie było widać.
Tymczasem na drabinie wciąż walczyło dwóch strażaków, ich koledzy wylewali z ulicy już na ogień i resztę pokrycia dachu, tysiące litrów wody. Zasilali się z dwóch hydrantów usytuowanych w pobliżu i dwóch obok Formaplanu. Było ich więcej, nie wszystkie jednak miały odpowiednie ciśnienie. Najważniejsze było by nie dopuścić na przerwanie ciągłości zaopatrzenia w wodę. Wciąż nadjeżdżały kolejne wozy, które obstawiały budynek nie tylko od ulicy, ale także od strony zakładu. Samochody musiały jednak nadrabiać kilkaset metrów, bo wjazd przy budynku był zablokowany niesprawnym walcem drogowym. Bez namysłu strażacy i policjant odwiązali siatkę i wyrywali z ziemi słupki ogrodzenia, tak by przejechał wóz. Na szczęście niesprawny pojazd został dość szybko odholowany.
W tym momencie z poddasza trysnął ogień i zbliżył się niebezpiecznie do strażaków na drabinie. Ratownicy działali w kłębach dymu. Temperatura była ogromna. Żar rozgrzewał twarze osó stojących po drugiej stronie ulicy. Co musiało czuć dwóch śmiałków na górze? W końcu nie wytrzymali, musieli się wycofać. Akcja nabrała już ogromnego tempa. Z Piotrkowa przyjechała wysoka drabina z koszem. Strażacy musieli pędzić na "złamanie karku". Samochodem ciężarowym ponad 30 kilometrów pokonali w niespełna 30 minut. Ratownicy używali w tym momencie już nie tylko pojedynczych prądów wodnych, ale uruchomili potężne działka. Takie cacko jest piekielnie skuteczne, ale ma jedna wadę, w kilka minut opróżnia wóz z 5 tysiącami litrów wody. Dlatego jedne samochody odjeżdżały, a inne już zajmowały ich miejsce. By usprawnić akcję, sprowadzono z tomaszowskiej jednostki straży cysternę o pojemności 18 tys. litrów.
Być może dla licznie zgromadzonych gapiów akcja wyglądała chaotycznie. Niektórzy nawet łapali się za głowy i podważali działania fachowców. Dziesiątki robiło zdjęcia i kręciło filmy. Obawiano się, że lecące resztki papy podpalą sąsiednie budynki. Tymczasem strażacy prowadzili przemyślaną i skuteczną akcję gaśniczą.
Ogień jak magnes przyciągał mieszkańców z całego miasta. Przybył prezydent Zagozdon i pracownicy Miejskiego Zespołu Zarządzania Kryzysowego.
Pożar trawił praktycznie cały dach. Woda lana była ze wszystkich stron. Od podwórka używano ciężką pianę. Na pomoc wezwano z domów trzech strażaków z innej zmiany. Na ustawioną od wschodniej strony drabinę z Piotrkowa z pomocnikiem wszedł dowódca Jednostki Ratowniczo Gaśniczej PSP i w tym momencie dowódca akcji mł. bryg. Krzysztof Iskierka.
- Podajcie mi szybko dwa prądy wody - krzyczał do strażaków na ziemi. - I przybliżcie nas do ognia.
Po chwili z działka buchnęła lawina wody. Ogień był jednak nieustępliwy i trawił resztę pokrycia. Konstrukcja nie wytrzymała i żarzące krokwie łamały się jak zapałki.
Ale sytuacja była już w tym momencie pod kontrolą. W końcu udało się stłumić resztkę pożaru. Strażacy rozebrali pozostałą konstrukcję. Dopiero o godz. 23.30 wracali do strażnicy brudni i przemoczeni. Przed nimi było jeszcze ponad osiem godzin służby. Na szczęście, jak się miało okazać, spokojnej.
Pożar zakwalifikowano jako duży. Spaleniu uległ całkowicie dach i poddasze budynku na powierzchni 765 m2. Zużyto 115 m3 wody. To 115 tys. litrów. Przypuszczalną przyczyną zdarzenia było zaprószenie ognia przez osoby nieznane.
W środę, 7 października pogorzelisko obejrzeli pracownicy Powiatowego Inspektora Nadzoru Budowlanego. Stwierdzili, że mimo pożaru budynek jest w dobrym stanie technicznym i nadal, również dzięki estetycznej architekturze, jest atrakcyjny dla otoczenia.
- Nieruchomość jest własnością prywatną - mówi Aleksandra Krajewska z PINB. - Budynek jest ogrodzony betonowym, wysokim pakrkanem i odsunięty od niego o 1,6 m. Nie stwarza więc zagrożenia dla przechodniów. Chcemy jednak się skontaktować z właścicielem, by lepiej zabepieczył wejścia do budynku.
Jak udało nam się dowiedzieć właściciel firmy Metal Color Polska przyjedzie do Tomaszowa w przyszłym tygodniu.
Przy okazji tego pożaru po raz kolejny potwierdziło się, że nasza jednostka PSP potrzebuje porządnej, wysokiej drabiny z koszem. Strażacy nigdy nie będą głośno narzekać, ale po cichu mówią, ze akcja szła by sprawniej. Na taki sprzęt, w zależności od wyposażenia potrzebne jest od 1,4 do 1,9 miliona złotych. Starania o środki unijne na ten cel rozpoczęły władze powiatu. Dla naszego bezpieczeństwa było by lepiej, aby ten projekt został zrealizowany.
To nie pierwszy, i wydaje się nie ostatni, pożar na terenie byłego Wistomu. 19 sierpnia palił się piętrowy budynek, w którym kiedyś mieściły się związki zawodowe i redakcja TIT. 11 września ogień strawił pomieszczenia byłych magazynów. Do pożarów na byłym Wistomie jesteśmy już przyzwyczajeni.
Do chwili zamknięcia numeru nie udało nam się odtworzyć historii tego budynku. Na pewno powstał w okresie międzywojennym ubiegłego wieku. Na temat dokładnej daty na razie mamy sprzeczne informacje. Według jednego źródła mógł powstać przed 1921 rokiem. Według innego około 1928 roku. To wydaje się bardziej prawdopodobne. Zakład po I wojnie był zniszczony, i nie wiadomo czy jego właścicieli stać było na taką inwestycję. W kolejnych latach poprawiała się kondycja finansowa zakładu, więc i budowa budynku dyrekcji była możliwa. Przetrwał w niezmienionej formie przez wiele lat. Prawdopodobnie dach nigdy nie był całkowicie wymieniany. W ostatnich kilkunastu latach funkcjonowania zakładu robiono jedynie bieżące konserwacje.
Będziemy wdzięczni za informacje na temat historii tego budynku, chętnie opublikujemy jego zdjęcia. Osoby, które posiadają informacje na jego temat prosimy o kontakt z redakcją TIT. |