
Jeżeli rodzice nie potrafią lub nie mogą zapewnić dzieciom opieki, ich rolę przejmują domy dziecka. Naturalnych sierot w takich placówkach jest znikomy odsetek, większość to właśnie sieroty społeczne. Od lat mówi się, że jest to najgorsza z obecnie funkcjonujących forma opieki nad dziećmi. "Bidule" opuszczają młodzi ludzie często okaleczeni emocjonalnie, bezradni życiowo, niedouczeni, niedostosowani do życia w społeczeństwie. Niektórzy, już jako dorośli, wracają pod opiekę państwa lub wpadają w patologię, a ich własne dzieci również lądują w placówkach opiekuńczych. Sytuację mogłyby poprawić np. rodzinne domy dziecka, gdzie panują warunki zbliżone do tych w rodzinach naturalnych, ale chętnych do ich zakładania jest jak na lekarstwo. - Od lat staramy się, aby na terenie naszego powiatu powstawały kolejne tego typu placówki. Do tej pory udało nam się utworzyć cztery, ale niestety ilość chętnych już się chyba wyczerpała - mówi Andrzej Więckowski, dyrektor Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie.
Pewne jest jednak, że zmiany w obecnym modelu i funkcjonowaniu domów dziecka muszą nastąpić. Przygotowywany właśnie rządowy program rodzinny zakłada, że do 2010 roku do domów dziecka nie będą trafiały dzieci poniżej siódmego roku życia, a od 2015 roku poniżej 10 roku życia. Do 2020 roku mają być zlikwidowane placówki, w których przebywa powyżej 14 wychowanków. Mają być one przeznaczone jedynie dla dzieci starszych, wymagających szczególnej opieki, które mają problemy z przystosowaniem się do życia rodzinnego. Cała operacja może być jednak trudna do przeprowadzenia. - Gdy w domu dziecka jest prawie trzydzieścioro dzieci, nie jest wcale łatwo wyprowadzić nagle z placówki połowę z nich, zwłaszcza, że z wyrokami sądu przybywają wciąż nowi podopieczni - uważa Więckowski. - Do tego dochodzą koszty takiej reorganizacji. Będzie musiał je pokryć samorząd, pod zarządem którego dom dziecka się znajduje.
Mimo jednak tych trudności władze powiatu tomaszowskiego przymierzają się do reorganizacji domu dziecka mieszczącego się od 1904 r. przy ul. Bartosza Głowackiego. - Formalnie nie podjęliśmy jeszcze decyzji, ale pewne jest, że utrzymywanie tak wielkiego budynku, nie jest obecnie dla nas opłacalne. Miesięcznie na utrzymanie jednego dziecka przeznaczamy 3900 zł. W ubiegłym roku na prowadzenie placówki wydaliśmy 1 mln 400 tys. zł - mówi starosta Piotr Kagankiewicz. - Poza tym chcemy zmienić jego funkcję, bo ta, która jest, nie jest zbyt wychowawcza. Zamierzamy zakupić dom jednorodzinny i umieścić tam nie więcej niż 14-15 dzieci. Chcielibyśmy, aby w zależności od wieku miały określone obowiązki, tak jak dzieci w prawdziwych rodzinach, i uczestniczyły w prowadzeniu gospodarstwa domowego, co przygotowałoby je do dalszego samodzielnego życia.
Za przeniesieniem placówki do mniejszego budynku jest również dyrektorka "Słoneczka" Bożena Żurner. - Uczestniczyłam w roku ubiegłym w opracowywaniu projektu restrukturyzacji domu dziecka - mówi. - Zależy nam przede wszystkim na poprawieniu warunków, w jakich mieszkają nasi podopieczni i stworzeniu domu jak najbardziej przypominającego rodzinny. W takiej sytuacji utrzymywanie ogromnego gmachu jest bezcelowe. Lepiej byłoby go rzeczywiście zamienić np. na dwa mniejsze budynki.
Jedną z proponowanych lokalizacji nowego domu dziecka jest Ludwików, gdzie znaleziono odpowiedni budynek z dość dużą działką. Na razie władze powiatu przymierzają się do negocjacji z właścicielem posesji. Reorganizacja domu dziecka miała być sfinalizowana jeszcze w tym roku, a przeprowadzka nastąpić w styczniu przyszłego roku. Jak się jednak dowiedzieliśmy, ze względu na kłopoty finansowe powiatu cała operacja przesunie się w czasie. - W tym roku pojawi się najpewniej tylko uchwała intencyjna upoważniająca Zarząd Powiatu do takich działań - wyjaśnia starosta Kagankiewicz. - W między czasie będziemy starali się też zmniejszyć stan liczbowy podopiecznych domu dziecka. Postanowiliśmy już, że nie będziemy przyjmować więcej dzieci spoza powiatu, część podopiecznych uzyska pełnoletność, część ma szanse wrócić do rodzin biologicznych.
Zmniejszenie ilości podopiecznych domu dziecka i przeniesienie placówki do mniejszego lokalu będzie się wiązało z redukcją obecnie zatrudnionego tam personelu. - Prowadziłem już rozmowy na ten temat z dyrektor Bożeną Żurner - mówi starosta. - Nie podlega dyskusji, że nie wszystkie etaty będą możliwe do utrzymania, zwalnianym pracownikom będziemy chcieli jednak zapewnić inne miejsca pracy. Część będzie można ograniczyć. Nie widzę np. potrzeby utrzymywania etatu pielęgniarki przez całą dobę. Może ona przychodzić na dwie, trzy godziny dziennie - dodaje.
W budynku przy ul. B. Głowackiego, który obecnie zajmuje Dom Dziecka "Słoneczko" po wyremontowaniu go swoją nową siedzibę znalazłby Powiatowy Urząd Pracy. - To zdecydowanie poprawiłoby nasze warunki pracy i jakość obsługi klientów - twierdzi Arkadiusz Gajewski, zastępca dyrektora PUP. Na przeprowadzkę będą jednak musieli poczekać co najmniej do przyszłego roku.
Tomaszowski dom dziecka został założony w 1900 roku jako ochronka dla dzieci w domu rodziny Wangrowskich. Przyjęto wówczas około setki dzieci. W 1904 roku ochronkę przeniesiono do budynku przy ul. Bartosza Głowackiego. Placówka przetrwała obie wojny światowe i funkcjonuje tam do dnia dzisiejszego.
W 1950 r. ochronkę przemianowano na Państwowy Dom Dziecka. W wyniku reformy administracji publicznej z 1998 roku, od 1999 roku placówka przeszła pod zarząd powiatu. Wtedy znajdowało się w niej około sześćdziesięciorga podopiecznych. W chwili obecnej w "Słoneczku" przebywa 26 dzieci, z czego 14 jest spoza naszego powiatu.
|