tomaszowski informator tygodniowy
Ogłoszenia
Wyróżnione
UROLOG specjalista ANDRZEJ KACZMAREK: choroby ...
czytaj dalej »

RTV Serwis D. Kurzyk naprawa telewizorów, kamer, ...
czytaj dalej »

NAPRAWA AGD - lodówki, zamrażarki, pralki ...
czytaj dalej »
Baza firm
 
Zdarzenia

 Akcja przy zaporze

 
We wtorek nurkowie dokonujący oględzin zapory na Zalewie Sulejowskim zauważyli w mętnej wodzie coś, co przypominało żagiel. Wystarczyła doba, aby informacja obrosła w niemal tragiczną plotkę. Choć nie sprawdziła się, podczas prac ratowniczych nie obyło się bez niebezpiecznych momentów.





Od początku tygodnia trzech nurków z Ośrodka Technicznej Kontroli Zapór wykonywało rutynowe oględziny smardzewickiego obiektu wodnego. Najpierw przejrzeli boczne, betonowe elementy tamy, później te od strony Pilicy. Po skończeniu tej części, mężczyźni przenieśli się w centralny punkt elektrowni. Nurkowali przy turbinach.
- Przy pierwszym przęśle natknęliśmy się na coś, co mogło przypominać żagiel z masztem - mówi Witold Skrodzki, prezes piotrkowskiego WOPR i m.in. instruktor nurkowania. - Nie byliśmy jednak pewni, bo widoczność w tym miejscu wynosiła około 20 centymetrów. Poza tym badanie znaleziska nie było naszym zadaniem. O znalezisku poinformowaliśmy nadzór wodny - dodaje.
Tadeusz Bienias, kierownik nadzoru wodnego w Smardzewicach informację przekazał policji.
- Nie mogłem lekceważyć takich informacji - mówi T. Bienias.
Policja ze względu na brak możliwości sprawdzenia doniesień wezwała na miejsce straż pożarną, a dokładnie nurków z Tomaszowa i Piotrkowa. W środę rano rozniosły się już plotki, że nurkowie widzieli żagiel i część kadłuba niewielkiego jachtu kabinowego. Całość miała być w dobrym stanie, co oznaczało, że jednostka mogła zatonąć całkiem niedawno. W środowisku ratowników wywołało to konsternację. - Kiedy zatonęła? Gdzie? Dlaczego nikt tego nie wiedział i nie zgłosił? - pytali. Ostatecznie założono najczarnieszy ze scenariuszy, że na pokładzie mogą być topielcy. Rozpoczęto wydzwaniać po portach i pytać czy nie brakuje jednostki pływającej. Odpowiedzi były zawsze przeczące. Pojawiła się inna wersja zdarzeń. Około 10 lat temu niedaleko zapory zatonął jacht, którego nigdy nie odnaleziono. Być może pchany starym nurtem Pilicy trafił pod samą zaporę. Trzeba było to sprawdzić.
Około godziny 9.00 na tamę przyjechali strażacy i ratownicy WOPR. W sumie trzy łodzie. Pod wodę zeszło dwóch nurków z Piotrkowa i Tomaszowa. Na powierzchni ubezpieczał ich trzeci. Pracownicy nadzoru wodnego wyłączyli część turbin, by nie stanowiły niebezpieczeństwa. Na bieżąco za pomocą kabloliny podawali to, co dzieje się 10 metrów niżej na dnie, przy turbinach. Początkowo badali teren w złym miejscu, później przenieśli się bliżej elementów elektrowni.
- Widoczność zerowa - poinformował nagle nurek. - Mam również problem, bo nie działa latarka.
Zapadła decyzja o wynurzeniu. Na powierzchni prowadzący akcję st. ogn. Janusz Kapiec z PSP w Piotrkowie Tryb. ustalił nowy kierunek penetracji.
Po kilku minutach nurkowie byli już na miejscu. Ciężko oddychając, podali informacje.
- Widzimy żagiel, ale jest widoczny tylko w części, reszta jest zamulona - mówił jeden z nich. - Nie wyczuwamy jednak masztu, nie widzimy także kadłuba jachtu.
Zebrani ratownicy zaczęli spekulować. Jeżeli to nie jacht, to co? Nagle jednemu z woprowców przypomniało się, że kilka lat temu w kwietniu, na cienkim lodzie zapadł się bojer. Cudem udało się uratować jego właściciela, ale ślizgacz zniknął w przerębli.
W tym samym momencie na powierzchni doszło do bardzo niebezpiecznej sytuacji. Trzeci nurek miał problem ze sprzętem. W ułamkach sekund zaczął tonąć. Machał rękoma, po czym znikł pod wodą. Błyskawicznie na pomoc przyszedł mu ratownik WOPR, który stał na łodzi policyjnej. Podał tonącemu wiosło. Strażak zdołał je złapać. Z pomocą kilku osób został wyciągnięty na powierzchnię i przywiązany do burty.
Tymczasem jego koledzy na dnie przywiązali do fragmentu znaleziska linę. Stojący na tamie strażacy zaczęli ją ciągnąć. Nie trwało to jednak zbyt długo, gdyż zamulony przedmiot nawet nie drgnął. Nurkom kończyło się powietrze, wyszli na powierzchnię.
W tym czasie Witold Skrodzki zaproponował, że przywiąże linę do motorówki i spróbuje wyciągnąć rzekomy maszt. Z początku lina nie drgnęła, jednak po kilku manewrach poszła mocno do przodu. - Coś ciągnę - potwierdził W. Skrodzki.
Na schodkach spadu tamy stali już strażacy, zaczęli wyciągać znalezisko na brzeg. Nagle na wierzch wypłynęła... duża płachta grubej folii i fragment wojskowego namiotu.
- Z pewnością nie pochodzi ona z zabezpieczenia dna - mówi T. Bienias. - W tym miejscu wylany jest bowiem beton, musiała zostać zepchnięta przez nurt.
W. Skrodzki twierdzi, że pochodzi ona z okresu budowy tamy.
- Jakieś dziesięć lat temu, nurkując w tym miejscu coś takiego widziałem, ale nie zagrażało to nikomu - mówi. - Podczas wtorkowej penetracji nurek z Radomska wziął to za brezent żagla. Pomylił się, ale dobrze, że strażacy to sprawdzili - dodaje.

PS W momencie, gdy nurkowie PSP nie znaleźli jeszcze nic pod wodą, w mediach ogólnopolskich już pojawiły się informacje, że przy tamie na zbiorniku sulejowskim odnaleziono fragmenty częściowo spalonego jachtu. Skąd dziennikarze mieli takie informacje? Pewnie wyssali je z palca.


war   

Artykuł ukazał się w wydaniu nr 37 (1000) z dnia 17 Września 2009r.